Seven Seconds to rewelacyjny miniserial od Netflixa, który u nas przeszedł bez większego szumu. Szkoda, bo to wstrząsająca i trzymająca w napięciu opowieść służąca jako tło do bolesnego komentarza społecznego. 

Od czasu do czasu pojawiają się seriale, w których widać, że twórcom zależało na czymś więcej niż tylko kolejnym uprzyjemniaczu wolnego czasu. Produkcje, które od samego początku zadają niewygodne pytania i bezlitośnie punktują wady współczesnego społeczeństwa. Opowieści mające na celu wyniesienie widza z jego strefy komfortu i sprawienie, aby choć przez chwilę poczuł niepokój i niesprawiedliwość hulającą po ulicach. Takie serie rzadko stają się wielkimi hitami omawianymi na towarzyskich spotkaniach, ale kiedy już trafią na podatny grunt, to potrafią zostać w umyśle widza na długi czas. Takie właśnie jest Seven Seconds, rewelacyjny dziesięcioodcinkowy mini-serial Netflixa, który zdecydowanie zasługuje na większy rozgłos niż dotychczas.

Seven Seconds – kryminał społeczny

Seven Seconds to także dramat sądowy

Seven Seconds można nazwać serialem kryminalnym, bo osią fabuły jest dochodzenie dotyczące wypadku czarnoskórego nastolatka, Brentona Butlera. Jednak jest to kryminał dość specyficzny, bo już w pierwszej scenie serialu widzimy, kto jest temu winien. A powód jest do bólu prozaiczny – dochodzi do potrącenia jadącego na rowerze chłopaka przez nieuważnego kierowcę. Pech chce, że jest nim młody policjant, który właśnie dołączył do wydziału antynarkotykowego w Jersey. Spanikowany dzwoni po starszych kolegów, a ci namawiają go do porzucenia miejsca wypadku, bo chłopak z całą pewnością go nie przeżył. Jednak po kilkunastu godzinach okazuje się, że Brenton wciąż walczy o życie. Od tego momentu fabułę śledzimy z trzech głównych perspektyw. Pierwsza należy do rodziców chłopaka, bardzo religijnej pary, u której obecnie mieszka brat ojca – świeży weteran, a niegdyś członek lokalnego gangu dealerów. Ten wątek można uznać za najbardziej skupiający się na życiu zwykłych ludzi z amerykańskiej klasy średniej.

Główni sprawcy tragedii w Seven Seconds

Wątek kryminalny prowadzony jest przez parę złożoną z nie radzącej sobie z presją i nadużywającej alkoholu prokurator oraz niezbyt dobrze funkcjonującego w społeczeństwie detektywa. Do tego dochodzi trzeci główny wątek dotyczący wspomnianych wcześniej członków brygady antynarkotykowej, której przywódca już dawno przekroczyłem granicę między między dobrem a złem i robi interesy z lokalnym baronem narkotykowym – tutaj można poczuć klimat znany chociażby z kultowego Dnia próby. Wszystkie te postaci mają ze sobą jedną wspólną cechę – nie są zbyt udanymi istotami ludzkimi. Większość z nich jest bardzo antypatyczna i trudno za nimi przepadać, jednak nie sposób odmówić im autentyczności. Ten serial stoi właśnie postaciami, które podejmują ciężkie decyzje, popełniają błędy i przechodzą ciągłą ewolucję. To wręcz niesamowite, że na przestrzeni dziesięciu odcinków dało się upchnąć tyle mocnych charakterów i zapewnić im odpowiedni rozwój.

Jedna z głównych bohaterek Seven Seconds

Jednak cała fabuła służy tylko jako pretekst do swoistej publicystki na temat problemów społecznych trawiących dzisiejsze USA. Tematów poruszanych jest tutaj bardzo dużo, między innymi rasizm, nietykalność policji, nierówności społeczne czy absurdy wymiaru sprawiedliwości. Co ciekawe, twórcom udaje się podejść do każdego z tych tematów w często nieoczywisty sposób, nie ma tutaj zbyt dużo miejsca na zwykłą agitkę. Zwłaszcza w wątkach związanych z czarną społecznością mamy do czynienia ze sporymi obszarami szarości. To serial dający sporo do myślenia także za sprawą tego, że opisywana sytuacja szybko robi się wręcz odrażająca, ale spokojnie jesteśmy w stanie uwierzyć w jej realność. To opowieść o rzeczach przerażających, ale jednocześnie bardzo prawdopodobnych. Nie muszę chyba dodawać, że wpływa to bardzo na jej niezbyt optymistyczne przesłanie.

Seven Seconds to serial wybitny

Seven Seconds porusz także temat czarnoskórych

Seven Seconds to serial wybitny, mistrzowsko łączący wciągającą fabułę ze zręcznym komentarzem społecznym. Bardzo cieszy mnie fakt, że Netflix coraz częściej decyduje się na wypuszczanie krótkich, zamkniętych w jednym sezonie serii. Pozwala to na wykorzystanie dramatycznego potencjału tkwiącego w serialowej formule bez nieznośnego zamęczania dobrego pomysłu rozciąganiem go w nieskończoność. Tutaj mamy doskonały przykład, że dobrzy scenarzyści potrafią w dziesięciu odcinkach zmieścić więcej treści niż inni robią to w czterech sezonach. Obyśmy doczekali się więcej tego typu perełek.