Przywykliśmy uważać, że wierność filmowych adaptacji dzieł literackich jest ich zaletą. Jednak mamy setki przykładów na to, że odstępstwa od oryginału potrafią czasami dać zupełnie nową jakość. 

Spór na temat wartości i sensu istnienia filmowych i serialowych adaptacji dzieł literackich (a później także komiksowych) jest prawie tak stary, jak samo kino. Oczywiście jego genezą jest krytyka zjawiska niższego (filmy przeszły długą drogę zanim przestały być uznawane za jarmarczną rozrywkę) żerującego na bogatym dorobku literatury. Od tych czasów minęła już cała epoka, wielokrotnie otrzymaliśmy adaptacje stanowiące prawdziwe filmowe arcydzieła. Wystarczy wspomnieć tak żelazną klasykę jak Lot nad kukułczym gniazdem czy Ojciec chrzestny – to najbardziej oczywiste z przykładów, tak naprawdę można byłoby nimi zapełnić naprawdę grubą książkę. Jednakowoż, ciągle pokutuje przekonanie, że adaptacja jest zazwyczaj czymś gorszym niż literacki oryginał. Jednym z podstawowych zagadnień stojących za takim sposobem myślenie jest chyba fakt, że rzeczy wtórne zawsze będą oceniane surowiej, także w unikalnej dla siebie kategorii jaką jest wierność do pierwowzoru. Ile razy słyszeliście narzekania rozsierdzonych fanów nie mogących przeżyć zmian, które zaszły w procesie adaptacji? Z jednej strony łatwo ich zrozumieć, sam niejednokrotnie łapałem się na takim sposobie myślenia. Jednak czasami warto spojrzeć na tę sprawę z innej strony i zadać sobie pytanie: czy całkowita wierność oryginałowi nie jest wymogiem, który już dawno powinien odejść w zapomnienie?

Rozmawiałem kiedyś na ten temat z pewnym kolegą, który stwierdził, że zbyt wierne adaptacje są dla niego czymś zupełnie bezsensownym, bo jeśli chciałby jeszcze raz przeżyć tę samą historię, to po prostu ponownie sięgnąłby po dany komiks lub książkę. Jest w tym pewna logika, więc spróbujmy skupić się na zaletach bardziej swobodnego podejścia do przenoszenia pisanych historii na duży ekran. Jednym z najciekawszych przykładów może być tutaj komiks oraz film Ghost World. Historie przedstawione w obu tytułach mają taki sam trzon: Enid i Rebecca, dwie nastolatki po liceum, krążą po swoim sennym miasteczku i zastanawiają się co zrobić z dalszym życiem. Filmowa wersja dodaje kilka wątków, w tym jeden bardzo istotny dla fabuły, które są nieobecne w komiksie. W ten sposób otrzymujemy pozornie podobne historie, które jednak wyraźnie się od siebie różnią. Co w tej sytuacji jest takiego wyjątkowego? Otóż scenarzystą filmu (nominowanym za to do Oscara) był Daniel Clowes, czyli twórca komiksowego oryginału. Mamy do czynienia z sytuacją, w której to sam twórca postanowił, że w filmowej wersji jego dzieła lepiej sprawdzą się inne rozwiązania niż te użyte w komiksie. Innym oczywistym przykładem jest wcześniej wspomniany Ojciec chrzestny, do którego współautorem scenariusza był Mario Puzo, który, wraz z Francisem Fordem Coppolą, został za to nagrodzony Oscarem.

Oczywiście są przykłady autorów, którzy mają wyjątkowego pecha do adaptacji swoich dzieł. Jednym z nich jest legendarny scenarzysta komiksowy Alan Moore, który szczerze nienawidzi tego, co kino zrobiło z jego historiami (nie życzy sobie nawet wspominania go w napisach). W jego wypadku sprawa ma dwa oblicza, bo do jego dziedzictwa filmowcy podeszli na dwa sposoby. Do pierwszej grupy zaliczają się Liga niezwykłych dżentelmenów oraz Prosto z piekła, czyli dwa filmy powszechnie uznawane za koszmarne paździerze, które ze swoimi pierwowzorami wspólny mają tylko zarys wyjściowego pomysłu. Trochę inaczej ma się natomiast sprawa z V jak Vendetta i Strażnikami – filmy, które pozornie są dość wierne komiksowym oryginałom, ale za sprawą kilku zmian mocno odchodzą od ich pierwotnych założeń (ideologiczny wydźwięk postaci V, zmiana ciężaru zakończenie Strażników). W sprawie adaptacji dzieł Maga z Northhampton wszystko rozbija się o jeden zasadniczy problem: jego scenariusze są wyjątkowo komiksowe i służą jak najlepszemu wykorzystaniu możliwości, które daje to konkretne medium. Często są to rzeczy nie dające się przenieść bezpośrednio na filmowy ekran. Także on sam sprzeciwia się adaptacjom dzieł, do których ciągle posiada prawa autorskie.

Jeszcze inaczej sprawa ma się z tak popularnymi obecnie adaptacjami komiksów o superbohaterach wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe, w których doszukiwanie się pełnej zgodności z oryginalnymi seriami po prostu mija się z celem. Przeniesienie historii jeden do jednego jest zadaniem niewykonalnym, więc każdy godzi się na to, że tego rodzaju film musi wymyślić sobie podejście do danej postaci od nowa, zachowując przy tym podstawowe cechy jej historii. Tony Stark zdobywa zbroję Iron Mana w czasie ucieczki z rąk terrorystów, Kapitan Ameryka zostaje po latach wyciągnięty z lodowej trumny, a Peter Parker zdobywa moce przez ugryzienie pająka i traci swojego wujka Bena. Większość z tych postaci ma taki zestaw żelaznych cech, posiada też ikonicznych wrogów i towarzyszy. Twórcy filmów czerpią inspirację także z ikonicznych historii (choćby Kapitan Ameryka i Zimowy żołnierz), ale ostatecznie tworzą niezależne byty. I bardzo dobrze, bo ich bezpośrednie przeniesienie na ekran dałoby zapewne mocno pokraczne efekty.

Do tych luźnych przemyśleń skłoniły mnie przygotowania związane z objęciem przeze mnie patronatu nad książką Śliska sprawa autorstwa Volkera Kutschera. Jego seria kryminałów o Gereonie Rathie zdobyła ostatnimi czasy sporą popularność za sprawą swojej serialowej adaptacji Babylon Berlin – najdroższej produkcji w historii niemieckiej telewizji. Zastanawiałem się, jak ugryźć ten temat w kontekście opisywanej w tym tekście relacji. Pomyślałem sobie o podstawowym pytaniu jakie można zadawać sobie przed zapoznaniem się z tymi tytułami: od czego powinno się zacząć: od książkowego oryginału, czy serialowej adaptacji? Czy sięgnięcie po jedną z tych pozycji nie przekreśla szans czerpania przyjemności z poznania tej drugiej? A może jednak będzie odwrotnie i tak naprawdę obejrzenie ekranizacji sprawi, że pierwowzór stanie się jeszcze bardziej intrygujący?

 

Piszę o tym także dlatego, że prawdopodobnie duża część z Was zdążyła się już zapoznać z serialem (dostępnym na HBO GO od zeszłego roku) i zastanawia się, co innego może zaproponować Śliska sprawa. Po pierwsze, fabuły obu produkcji różnią się od siebie tak mocno, że właściwie stanowią różne historie. Owszem, trzon jest dość podobny – Gereon Rath przybywa do Berlina z Kolonii wiosną 1929 roku, na główny trop w sprawie wpada goniąc producentów pornografii, a gdzieś tam w tle rozgrywa się historia ze złotym pociągiem rodziny Sorokinów. Jednak dużo tych wątków rozwiązanych zostaje zupełnie inaczej. Zresztą Śliska sprawa ma w sobie o wiele większą dawkę tajemnicy, bo, w przeciwieństwie do serialu, większość wydarzeń widzimy tylko z perspektywy głównego bohatera. Tam gdzie adaptacja (z powodu natury medium, oglądanie go z pozycji jednej postaci byłoby potwornie nudne) pokazuje wszystkie wydarzenia, tam książka skupia się dociekaniach i próbach rozwiązania układanki przez protagonistę. Powieść jest także o wiele bardziej skupiona, nie ma aż tyle, co w serialu, ucieczek w sceny niezwiązane z główną sprawą. Autor powieści pozwala sobie także poświęcić bardzo dużo miejsca na opisy poszczególnych ugrupowań, politycznych oraz przestępczych, działających w ówczesnym Berlinie. Dzięki temu zarys historycznej atmosfery uzyskany jest w zupełnie sposób niż w adaptacji, więcej tam ducha epoki niż obrazów i dźwięków (każde medium ma swoje prawa). Dlatego, jeśli kogoś zainteresował serial, to powinien sięgnąć także po oryginał. Myślę, że przeżycie podobnej historii na dwa różne sposoby, to jedno z ciekawszych doświadczeń dla fanów popkultury.

Tekst powstał w ramach współpracy z wydawnictwem W.A.B i mojego patronatu medialnego nad książką Śliska sprawa, która miała swoją premierę 24 kwietnia.