Spider-Man: Homecoming to jedno z największych filmowych zaskoczeń tego roku. Zupełnie nie spodziewałem się, że tym razem przygody Pajęczaka w końcu dostarczą charakterystyczny dla niego luz i dowcip. 

Czasami bardzo lubię się pomylić i dać się pozytywnie zaskoczyć. Tak właśnie się stało w przypadku nowego, trzeciego już, filmowego wcielenia Spider-Mana. Nie spodziewałem się po nim za dużo, a trailery wywoływały we mnie co najwyżej wzruszenie ramion – ot kolejne superhero w stylu MCU. Jednak ostatecznie okazało się, że to film o Ścianołazie, który zawsze chciałem obejrzeć, ale nawet o tym nie wiedziałem. Twórcy w końcu zrozumieli co jest prawdziwą siłą tej postaci i skupili się właśnie na tym, dzięki czemu otrzymaliśmy produkcję lekką, rozrywkową i przezabawną.

Spider-Man: Homecoming to film zaskakujący lekki

Spider-Man: Homecoming

Filmy z kinowego uniwersum Marvela działają najlepiej, kiedy są tworzone w konkretnym gatunku, do którego dodawany jest wątek superherosa. Strażnicy Galaktyki to kino nowej przygody, Iron Man to technothriller, a Ant-Man to heist movie. W przypadku Spider-Man Homecoming postawiono na high school comedy o nastoletnich frajerach. W tej wersji Peter Parker jest uczniem liceum, który oprócz bycia bohaterem ma takie problemy jak spóźnianie się do szkoły, bycie nielubianym i próba wyrwania dziewczyny, która mu się podoba. Żadnego zbędnego mroku i problemów z ratowaniem świata – to jeszcze dzieciak, który nie zna swoich możliwości, ale bardzo chciałby pokazać wszystkim, na co go naprawdę stać. Także jego bohaterskie wyczyny nie są jakieś spektakularne, bo jego głównym celem jest rozbicie gangu, który handluje nielegalną bronią pozyskaną z pozaziemskich technologii. W porównaniu z ciągłym ratowaniem świata przed zagładą, jest to skala mikro. Niektórym może brakować w filmie gry o większą stawkę, ale dla mnie w tym właśnie tkwi jego siła – nie próbuje być czymś więcej niż jest w rzeczywistości.

Spider-Man: Homecoming na biedno

Nadający lekkości humor można podciągnąć pod dwie kategorie. Pierwsza grupa dowcipów opiera się na tym, że Parker jest pierdołą, która nie potrafi kontrolować swoich mocy. Co chwila się wywala, gubi plecaki i pakuje się w sytuacje, które go przerastają. Daje to pole do wielu humorystycznych sytuacji wyśmiewajacym superbohaterskie standardy. Tu dobrym przykładem może być scena, w której znajdujący się na przedmieściach Spajder nie może używać swoich sieci (nie ma budynków), więc musi gonić bandytów na nogach. Drugi rodzaj żartów opiera się na licealnych stereotypach – mamy tu grupę dziwaków, zarówno po stronie uczniów, jak i nauczycieli. Dla niektórych prezentowany humor może mieć za niski poziom, ale ja bawiłem się doskonale. To jedna z najlepszych komedii o licealistach, które widziałem w życiu. Oczywiście duża w tym zasługa świetnie dobranej obsady – Tom Holland to nastoletni Parker idealny. Reszta ekipy także wypada naturalnie, choć czekam na wkurzone reakcje dotyczące zmian rasowych aktorów. na przykład – Flash Thompson nie jest białym blondynem, tylko Hindusem. Pochwalić trzeba także starszą część ekipy, szczególnie Michaela Keatona, który wciela się w głównego złego filmu. Zresztą tu też warto zauważyć, że Vulture w tej wersji jest po prostu człowiekiem, który próbuje zarobić na utrzymanie rodziny i wyrwać sobie kawałek tortu, który zabrał mu rząd. Fajne urozmaicenie po zdehumanizowanych, demonicznych geniuszach pragnących władzy nad światem.

Spider-Man: Homecoming to superhero bez rozmachu

Spider-Man: Homecoming Ned

Nowy Spider-Man może zawieść ludzi lubiących epickie superhero, w którym oglądane wydarzenia decydują o losie świata. Może też zawieść ludzi, którzy wymagają od każdego nowego Pajęczaka ponownego opowiadania o początkach, stracie Wujka Bena itp. Jednak to postać na tyle znana, że nie musimy za każdym razem przedstawiać jej na nowo. Dzięki pozbyciu się niepotrzebnych retrospekcji całość zyskuje na szybkości i nie oglądamy przez połowę filmu tego samego co wcześniej. Można się czepiać, że za mało tu oryginalnych scen akcji, a sama fabuła nigdy nie wchodzi na naprawdę wysoki obroty. Jednak dla mnie jest to bez sensu, bo to film, który nie próbuje być niczym więcej niż rozrywką idealnie wpisującego się w schemat wakacyjnego blockbustera. I to wychodzi mu znakomicie. To ten rodzaj produkcji, który za parę lat będziemy z przyjemnością oglądać po raz setny w leniwe świąteczne popołudnia, a trudno chyba o lepszą rekomendację dla kina rozrywkowego.