Iron Fist to zdecydowanie najgorszy serial w dotychczasowej współpracy Marvela z Netflixem. Pozbawiona charakteru, ciekawych postaci i najzwyczajniej w świecie nudna.

Kto śledzi moje teksty ten wie, że jestem absolutnym fanem serialowego romansu Marvela z Netflixem. Od pierwszego sezonu “Daredevila” wchłaniam wszystkie odcinki w ciągu kilku dni i czerpię z tego ogromną przyjemność, bo te produkcje mają w sobie wszystko, co zawsze lubiłem w komiksach Marvela rozgrywającym się na tak zwanym “street level”. Po tym, jak wiele osób skrytykowało Luke’a Cage’a zacząłem podejrzewać, że jestem zaślepiony na ich wady. Dlatego mimo pierwszych, w większości druzgocących, recenzji Iron Fista stwierdziłem, że może tym razem także będę zadowolony z tego, co otrzymałem. Niestety już w trakcie oglądania pierwszego odcinka stwierdziłem, że coś jest bardzo nie tak i serial zapowiada się naprawdę słabo. Czekałem na moment, w którym nastąpi jakaś poprawa, ale ten nie nadeszła przez cały sezon. Po przemęczeniu trzynastu odcinków w końcu mogę pozwolić sobie na trochę narzekań i wymienić cztery największe wady serialu o ostatnim członku Defenders.

iron fist

Orzeł usiadł na gałęzi i zasnął, czyli potworna nuda

Największym problemem Iron Fista jest jego niesamowita powolność i rozwlekłość. Te trzynaście odcinków dałoby się spokojnie zamknąć w kilku godzinach, a i tak znalazłby się czas na dłużyzny. Oglądanie przygód Danny’ego Randa to wieczne oczekiwanie na to, kiedy w końcu zacznie się coś dziać, bo co chwilę wydaje się, że zaraz akcja przyszpieszy. Przez większość serialu oglądamy ludzi, którzy chodzą i mówią do siebie, że w końcu czas coś zrobić. Potem następuje chwila, gdy rzeczywiście działają, a potem znów wracają do gadania. W pełni rozumiem, że nie wszystkie produkcje muszą opierać się na bijatykach i strzelaninach, a korporacyjne intrygi mogą być równie ciekawe. W tym wypadku mówimy jednak o historii faceta wychowanego przez mnichów w tajnym klasztorze, którego zadaniem jest skopanie dupska równie tajnemu stowarzyszeniu ninja. Akcja powinna poganiać akcję, a w chwilach odpoczynku powinniśmy widzieć po prostu trochę mnie akcji. Zamiast tego patrzymy, jak bohater miota się z kąta do kąta, a nudni biznesmeni omawiają swoje nudne firmowe decyzje. Jeden wielki ziew.

iron fist danny rand

Iron Fist i szkoła złotego ciecia, czyli bohater i jego motywacja

Kolejnym problemem Iron Fist jest sam główny bohater – postać jeszcze bardziej irytująca i nijaka niż mocno pozbawiony charakteru Luke Cage. W tamtym wypadku bohatera ratowało mocne zakorzenienie w czarnej kulturze USA i motywacja wynikająca z chęci poprawienia statusu społecznego swojej dzielnicy. Danny Rand też niby posiada dwie mocne motywacje – chce odzyskać dziedzictwo w postaci rodzinnej firmy i spełnić swoje przeznaczenie polegające na zniszczenie złowrogiej Ręki (tej samej co w Daredevilu). Problem jest taki, że po Randzie w ogóle tego nie czuć i jedyną prawdziwą siłą pchającą go do przodu jest scenariusz. Dodatkowo przedstawiony jest jako wyjątkowo narwany bubek, który nawet przez sekundę nie zastanowi się nad swoimi działaniami i po prostu sunie przed siebie. Przy okazji nie ma w nim ani krztyny charyzmy, co można zwalić na zły wybór aktora – Finn Jones po prostu się nie sprawdza jako Iron Fist. Ta nijakość i rozmemłanie głównej postaci tylko zwiększa poczucie znużenia dominujące w czasie oglądania tego serialu.

ironf fist medytacja

Iron Fist i groza czarnego osła, czyli nijacy przeciwnicy

Niezaprzeczalną zaletą poprzednich produkcji Marvel/Netflix byli świetni główni przeciwnicy bohaterów. W Daredevilu dostaliśmy rewelacyjnego Wilsona Fiska, a w Jessice Jones fascynującego Killgrave’a. Luke Cage natomiast przyniósł nam kilku przestępców, których posunięcia przypominały przesuwanie figur na szachownicy (pomijając strasznie kiczowatego Diamondbacka). Wzajemne relacje i konflikt między protagonistami, a ich przeciwnikami tworzył oś, wokół której obracała się akcja tych seriali. W wypadku Iron Fista bardzo zabrakło kogoś, kogo nazwać można byłoby główną złą postacią. Owszem antagonistów pojawia się kilku, ale w praktyce wygląda tak jakby scenarzyści nie mogli się zdecydować, kto powinien nosić to miano. I znowu sprawia to, że fabuła nie może się skupić na niczym konkretnym tylko miota Randa od jednego konfliktu do kolejnego. Trudno tu mówić o zainteresowaniu, a co dopiero ekscytacji, która towarzyszyła każdemu pojawieniu się Kingpina w Daredevilu.

Iron Fist walka

Drewno-fu, czyli beznadziejne walki

Może zabrzmię prostacko, ale wszystkie powyższe wady nie miałaby dla mnie aż takiego znaczenia, gdybym mógł sobie popatrzeć na fajnie wykonane i efektowne walki. W końcu Daredevil pokazał nam, że w serialach także da się ten element zrobić fenomenalnie. W wypadku Iron Fista sprawa wydawała oczywista – trzeba sięgnąć po przebogatą historię kina kopanego i stworzyć jeden wielki list miłosny dla tego gatunku. To postać, która po prostu prosi się o coś takiego. Wszystko inne nie jest aż tak ważne, niech się po prostu fajnie naparzają. Problem w tym, że nawet ten element nie jest wykonany tutaj za dobrze. Walki są po prostu mało emocjonujące i słabo wykonane. Nie ma w nich niczego ciekawego zarówno pod względem choreografii, jak i sposobu ich kręcenia. Nie czuć siły uderzeń ani nie widać, że główny bohater rzeczywiście jest absolutnym wymiataczem. To niestety ostatni element sprawiający, że Kung-Fu w Iron Fiście jest naprawdę słabe.