Zapraszam do kolejnej odsłony mojego przeglądu książkowego. Tym razem zabrałem się za “Nikt nie idzie”, “Nie ma”, “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” oraz “If Chins Could Kill”.

Nikt nie idzie

nikt nie idzie okładka

Jakuba Małeckiego poznałem jako autora wstrząsających Śladów – zbioru krótkich opowiadań, które przeplatały się nawzajem i łączyły w mozaikę ludzkich tragedii. Podobną formę przyjął także w swojej ostatniej książce. Jest to rozgrywająca się na przestrzeni kilkudziesięciu lat historia pozornie niezwiązanych ze sobą osób. Zwykła pracownica sklepu meblowego bierze ślub z pewnym pilotem, a potem rodzi im się opóźnione umysłowo dziecko. Pewien nastolatek próbuje poradzić sobie z zaginięciem swojego starszego brata. Trzydziestoletnia ciastkarka, mimo porzucenia wyniszczającej ją pracy w korporacji, ciągle nie może poradzić sobie z własnymi demonami. Te opowieści podzielone są na krótkie rozdziały, które rozgrywają się w zachwianej chronologii. Z tego pozornego chaosu powstaje w końcu jedna, wielowątkowa historia o samotności i poczuciu straty. Pomimo tej zabawy narracją Małecki wcale nie staje się niewolnikiem formy. Jego proza jest bardzo przezroczysta, pozbawiona literackiej ekwilibrystyki. Najważniejsi wydają się dla niego bohaterowie i ich próby odnalezienia szczęścia. Może jawić się to niezbyt pociągająco, ale osoby ceniące sobie dobre książki obyczajowe powinny się tą pozycją zainteresować. Choć najpierw radzę sięgnąć po Ślady.

Nie manie ma okładka

Najnowszy zbiór reportaży Mariusza Szczygła to książka niezwykle intymna, ale jednocześnie poruszająca tematy lęków uniwersalnych chyba dla każdego człowieka. Obawa przed śmiercią, odrzuceniem, samotnością czy brakiem pogodzenia się z samym sobą – to właśnie główne przesłania przedstawianych tu opowieści. Reportaż to słowo, które chyba nie oddaje w pełni charakteru poszczególnych rozdziałów, bo pełno w nich zabawy z formą i przeskakiwania ponad gatunkowymi podziałami. Mamy tu między innymi historie dwóch bliźniaczek-pisarek, które popadły w rujnującą życie paranoję, człowieka sprzedającego cały swój dobytek przed końcem świata w 2012 roku, czy wyznania wewnętrznego wyzwolenia mężczyzny po operacji korekty płci. To tylko kilka z naprawdę wielu spraw, nad którymi Szczygieł pochyla się z wielką delikatnością i próbą nadania formy odpowiedniej dla treści. “Nie ma” czytałem bardzo powoli, ale nie dlatego, że mnie nudziło. Wręcz przeciwnie, większość rozdziałów wywoływała we mnie tak intensywne emocje, że pozwalałem się im wyszumieć bez zagłuszania ich kolejnymi. Jednakowoż ostrzegam – dawka smutku i melancholii podczas lektury przekracza ilości krytyczne.

Rzeczy, których nie wyrzuciłemrzeczy których nie wyrzuciłem okładka

To jedna z tych książek, które są niewielkie rozmiarem, ale czyta je się powoli, bo po szkoda nie poświęcić choć chwili na przemyślenie przeczytanych słów. Autor w kilkudziesięciu króciutkich rozdziałach wspomina swoją zmarłą matkę za klucz mając szereg zwyczajnych przedmiotów, które po niej zostały. Wyłania się nam obraz kobiety, która nie była łatwa w codziennych kontaktach, ale przynajmniej żyła po swojemu, według jasno określonych zasad.  Jednak nie jest to tylko książka o jednej osobie, Wicha potrafi z błahej sprawy wyciągnąć temat do rozważań o rzeczach uniwersalnych. Jest tu dużo o rodzinie, przemijaniu, współczesnej historii Polski, kulturze i wielu innych – wszystko to pozbawione taniego sentymentalizmu. Każde nowe hasło (przedmiot) to niespodzianka, bo nie wiemy, w jakim kierunku pójdą rozważania autora – czy będzie to anegdotka, a może czas na krótki esej? Czasami to się wydawać losowe, ale to tylko pozory, bo Wicha zdaje się doskonale kontrolować swój wywód. Niby o gruszce i pietruszce, z tematu na temat, ale pod koniec wyłania się całkiem klarowny obraz. Książka sprawia wrażenie takiej, do której chętnie będę wracał. Otworzyć dowolny rozdział, przeczytać i lepiej przemyśleć temat. A potem wrócić do wszystkich małych spraw, z których też ktoś może ułożyć obraz naszego życia.

If Chins Could Kill: Confessions of a B Movie Actor if chins could kill

Biograficzne wspomnienia Bruce’a Cambella to jedna z ciekawszych książek o kinie od zaplecza, jakie miałem okazje czytać. Może dlatego, że jej treść w pełni oddaje obietnicę zawartą w tytule. To wspomnienia ze świata, który ma bardzo mało wspólnego z typowymi wyobrażeniami o pracy w amerykańskim filmie. Cambell nie zabiera nas do krainy gwiazd czczonych niczym bóśtwa, a do szarej codzienności wyrobników starających się zarobić na życie. Co ważniejsze, oddaje tutaj bardzo dużo honoru tysiącom ludzi, o których normalnie nie myślimy, a którzy są niezbędni przy powstawaniu każdego filmu. Jednak oczywiście najważniejsza jest tu historia jego własnej kariery.  Początek książki jest jednocześnie jej najsłabszym elementem. Cambell wpada w typową pułapkę dla ludzi opisujących swoje życie i za bardzo skupia się na niezbyt interesującym dla czytelnika dzieciństwie. Jednak potem jest tylko lepiej, a od momentu zawarcia przyjaźni z Samem Raimim zaczyna się robić wręcz rewelacyjnie. Historia powstawania “Evil Dead” sama w sobie zasługuje na osobną książkę. Oto grupa niedoświadczonych zapaleńców postanawia zrobić swój pierwszy, prawdziwy film. Nie mają pojęcia o działaniu branży, o pracy na planie, a pieniądze na produkcję uzyskują zapożyczając się chyba we wszystkich możliwych miejscach. Potem następuje gehenna w postaci trzech miesięcy spędzonych w małej chatce na lodowatym zadupiu USA. Efektem jest jeden z najbardziej kultowych filmów w historii. Jednak dla autora książki to dopiero początek ciężkiej drogi – wystarczy wspomnieć, że po dziesięciu latach grania nadal musiał dorabiać sobie jako nocny stróż.  Cambell opisuje swoją drogę przez wszystkie odmiany kina klasy B oraz pracę w telewizji z bardzo dużą dawką dystansu i humoru. To rzadki przypadek, kiedy aktor nie opisuje siebie jako artysty, a przedstawiciele ciężkiego zawodu, któremu udało się osiągnąć pewnego rodzaju sławę. Nie szczędzi też gorzkich słów wobec systemu według jakiego działa Hollywood, bezwzględności telewizji czy dupkowatości niektórych sław. Jednak jest tutaj także dużo ciepłych wspomnień, najwięcej chyba w ostatnim rozdziałach poświęconych pracy na planie serialowego “Herkulesa”. Możliwe, że po lekturze inaczej spojrzycie na wyśmiewaną dzisiaj produkcję z Kevinem Sorbo. “If Chins Could Kill: Confessions of a B Movie Actor” polecam każdemu, kogo interesują kulisy przemysłu filmowego, ale dość ma już oglądania ich z perspektywy największych gwiazd. Ta książka pozwoli spojrzeć na to wszystko perspektywy człowieka, który liznął trochę sławy, ale nigdy nie przebił się do pierwszej ligi.