Witam w kolejnej odsłonie zbiorczego tekstu z książkowymi postami z profilu Kusi na Kulturę. Tym razem wśród opisywanych tytułów “Błoto słodsze niż miód”, “Kult” oraz “Listy do młodego kontestatora”.

Błoto słodsze niż miód. Głowy komunistycznej Albanii 

Błoto słodsze niż miód

Nagrodzony Paszportem Polityki zbiór reportaży autorstwa Małgorzaty Rejmer to książka, której lektura zajęła mi bardzo dużo czasu (chyba dwa miesiące). Jednak w przypadku tego typu pozycji traktowałbym to jako zaletę, a nie wadę. Moja długa przeprawa z tym tytułem wynika z tego, że chciałem, aby wszystkie historie odpowiednio we mnie wybrzmiały, a nie zlały się w jeden ciąg czytanych na szybko rozdziałów. Drugim powodem było to, że potrzebowałem tych przerw dla psychicznej regeneracji, bo przedstawiane historie są naprawdę ciężkie i pozostają w głowie na długo. Rejmer w swojej książce relacjonuje opowieści ludzi, którzy bezpośrednio doświadczyli piekła, jakim było życie w czasie albańskiego komunizmu. Każdy kto interesuje się tematem totalitaryzmów wie, że system zbudowany przez Envera Hoxhe był wyjątkowo nieludzki, nawet wśród innych krajów tego typu. Paranoik, który zerwał stosunki z całym światem, nawet z innymi państwami komunistycznymi. Kiedy ZSSR łapało oddech po śmierci Stalina, Hoxha uznał Rosjan za zdrajców komunizmu. To samo stało się z Chinami po odejściu Mao. Albania została na świecie sama, ale jej wódz do końca życia wierzył w sukces swojego społecznego eksperymentu mającego na celu wyplenienie z Albańczyków jakichkolwiek oznak wolnej woli i sprzeciwu.

To historie o ludziach, którzy musieli żyć w systemie mającym kompletną kontrolę nad ich losem. W kraju, w którym wszystko mogło skończyć się w ciągu jednego dnia, a zdrajcami okazywali się najbliżsi krewni. Wszyscy musieli dzielić urojenia maniaka traktującego malutki kraj na krańcu Europy tak, jakby był obleganą przez wszystkich twierdzą. Biednej krainy, w której wieczny niedostatek i głód były normą. Jednak są w tym zbiorze wypowiedzi ludzi tęskniących za opieką wielkiego Envera, bo dzisiejsza sytuacja Albanii także jest nie do pozazdroszczenia.  Jeśli miałbym wskazać, co mi się w książce najmniej podobało, to wskazałbym chyba zbyt duże natężenie eksperymentów związanych z samą narracją niektórych historii. Wydaje mi się, że w niektórych rozdziałach próby te trochę zbyt mocno przysłaniają opowiadane tragedie. Nie chodzi mi o to, że są źle napisane, spora część z nich świetnie spełnia swoją rolę, ale osobiście poświęciłbym kilka z nich na rzecz bardziej “suchych” reportaży.

Kult

Kult

Dawno nie miałem tak mocnego poczucia, że jakaś powieść jest zwyczajne za długa. Wydaje mi się, że najnowsza książka Orbitowskiego dużo zyskałaby gdyby odchudzić ją o jakieś sto stron. Szczególnie, że jest bardzo dobrze napisana i znajduje się w niej sporo trafionych pomysłów, ale chyba sam główny trzon narracyjny nie jest tak absorbujący, jakby chciał tego autor.  Kult to historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, które miały miejsce na początku lat 80 w miasteczku Oława pod Wrocławiem. To tam w 1983 niejaki Kazimierz Domański doznał objawień maryjnych (nieuznawanych przez Kościół katolicki). Orbitowski przeinterpretował tę historię na swój sposób, a odbiorcą objawień uczynił na nowo stworzonego bohatera. Jest nim Henryk Hausner, zacofany w rozwoju poczciwina, który mieszka pod opieką swojego brata Zbigniewa i jego rodziny. To właśnie z perspektywy Zbigniewa poznajemy całą historię przedstawioną w formię zapisu z taśm, które zostały nagrane na chwilę przed powodzią stulecia. Opisuje on historie niesamowitego zasięgu i wiary ludzi w moce uzdrawiania rzekomo posiadane przez jego brata.  Z jednej strony pokazanie całej tej dziwnej, mistyczno-religijnej awantury z perspektywy stojącego twardo na ziemi fryzjera jest zabiegiem bardzo udanym. Opisuje one trwający przez ponad dekadę rozwój kultu swojego brata z ciągłym niedowierzaniem oraz próbą zrozumienia, co właściwie się wydarzyło. Poznajemy historię małomiasteczkowej polityki, prób zniszczenia naiwnego szaleńca bożego przez lokalną władzę, kościelnych urzędników i zwykłych naciągaczy. Zbigniew obserwuje to wszystko z pobłażaniem, ale ostatecznie sam zostaje wciągnięty w rozwój wydarzeń. Orbitowski używa go także jako pewnego symbolu zmian społecznych, które następowały w ostatniej dekadzie polskiego komunizmu i początków dzikiego kapitalizmu. A to wszystko z perspektywy człowieka, który ma wypisane na twarzy “kiedyś to panie było”.

Z drugiej jednak strony Zbigniew to bohater, który w pewnym momencie strasznie zaczął mnie irytować. Nie wiem czy Orbitowski chciał stworzyć groteskowy obraz stereotypowego przedstawiciela ludu, który na każdy temat ma wyrobione zdanie i wie dokładnie, co wypada prawdziwemu facetowi, a czego powinien unikać. Bo takich tyrad w tej książce jest od groma i spokojnie można byłoby część z nich odpuścić. Jeszcze bardziej zastanawiające są opisy erotycznych przygód tego bohatera. Porządny mąż, ojciec dwójki dzieci, a przy okazji niepoprawny kobieciarz. Również ukazanie tego aspektu pewnej hipokryzji jest interesujące, ale te wszystkie opisy zajmują naprawdę sporo miejsca. A niektóre są absurdalne jak sceny z pornosów – typu, młoda dziewczyna przychodzi do zakładu i po chwili zaczynają się “tematy”. W pewnym momencie zaczynałem odczuwać zażenowanie i tych fragmentów chętnie bym się pozbył, bo rozwadniają dość konkretną resztę. Kult to nadal dobra książka, ale uważam, że odchudzenie wyżej opisanych fragmentów bardzo jej by pomogło. Ja w pewnym momencie po prostu zacząłem się nudzić i tylko czekałem jak znowu wrócą wątki związane z objawieniami Henryka i próbami budowy własnego sanktuarium. Według mnie trochę zabrakło tutaj zachowania odpowiednich proporcji.

Lincoln w Bardo

lincoln w bardo

To jedna z tych książek, które dzielą czytelników na zachwyconych i tych, którzy odrzucają ją pretensjonalny bełkot. Ja sam jeszcze do końca nie wiem, co ostatecznie o niej myśleć, ale na pewno jest to powieść inna od wszystkich i wymagająca od czytelnika niezwykłego skupienia. To też tytuł, którego trzeba nauczyć się czytać w trakcie lektury, bo Saunders odpływa bardzo daleko od tego, co przywykliśmy nazywać prozą. Sam przyznam, że przez pierwsze kilkadziesiąt stron przedzierałem się niczym dziecko przez mgłę nie wiedząc dokładnie, co właściwie czytam. Autor wrzuca nas wprost w środek swojej koncepcji i nie daje nam żadnej instrukcji obsługi. Sami jesteśmy skazani na zrozumienie zasad tej literackiej gry, ale kiedy się to w końcu uda, trudno skryć podziw dla tego śmiałego eksperymentu.  W czym tkwi istota tej specyfiki? Lincoln w Bardo jest książką złożoną z krótkich wypowiedzi niezliczonej liczby osób. Duża część z nich krąży wokół postaci prezydenta Lincolna i śmierci jego syna Willi’ego. Mamy tutaj wypowiedzi stylizowane na wycinki gazet, dzienniki czy książki historyczne. Dochodzą do tego głosy różnych person z ludu, które łączy jedna wspólna cecha, ale to czytelniki musi odkryć sam (to część zagadki jaką jest książka). Wszystko to razem tworzy narracje zbliżoną do strumienia świadomości, który często zaprzecza sam sobie. I chyba pokazanie tego zagubienia w wielogłosie jest dla mnie najważniejszą wartością wynikającą z treści tej pozycji. Lincoln w Bardo to książka, w której najważniejszą rolę odgrywa forma i zabawa literackim eksperymentem. I chyba tutaj trzeba zadać sobie najważniejsze pytanie o to, czego właściwie oczekujemy sięgając po książki: bogactwa treści i konkretu, a może sama gimnastyka umysłowa wynikająca z próbą zrozumienia nieznanej nam formy też jest czymś wartościowym?  Ja sam czytałem tę książkę bardzo długo i w kilku miejscach się męczyłem, ale ostatecznie jestem zadowolony, że się z nią zmierzyłem i poznałem inne spojrzenie na literaturę.

Listy do młodego kontestatora 

listy do młodego kontenstatora

Mam takiego pecha, że zawsze, kiedy myślę sobie “może jestem zbyt kłótliwy i czas czepiać się trochę mniej”, to w moje ręce trafia książka, kogoś, kto taką postawą gardzi. Dwa lata temu miałem tak z Kisielewskim, teraz stało się tak z Christopherem Hitchensem. O tyle zabawne, że obaj panowie sławią dyskusje, ale ten pierwszy pisał o niej jako narzędziu służącym nieosadzaniu się w swoich poglądach na stałe, a ten drugi głosił wręcz przeciwnie. Hitchens znany był jako wieczny dysydent i krytyk przyjętych dogmatów. Swoją drogę sprzeciwu zaczynał w czasie protestów przeciwko wojnie w Wietnamie, a w latach dziewięćdziesiątych atakował między innymi Clintonów, Matkę Teresę z Kalkuty czy brytyjską monarchię uosabianą przez księżną Dianę. Opisywana książeczka jest niewielka, ale treściowo daje naprawdę wiele do myślenia. To cykl wykładów pisanych w formie listów, które chwalą postawę słusznego (to istotne) jako wartość samą w sobie. Hitchens opisuje w nich między innymi czynniki, które miały wpływ na jego życiowe wybory, przykłady wielkich historycznych buntowników oraz różne odmiany manipulacji społeczeństwem (religia, polityka czy sam język). Tak idące umiłowanie radykalizmu poglądów, jak to autora, nie jest obecnie mi bardzo bliskie, a moja postawa jest jedną z tych przez niego atakowanych, ale nie zmienia faktu, że to rzecz świetnie napisana i wzbudzająca wyrzuty sumienia spowodowane umysłową opieszałością i lenistwem. Nawet jeśli mocno lewicowe poglądy autora będą Wam obce, to warto się zapoznać, bo to jedna z tych pozycji, które działają, jak kamyk w umysłowym bucie. Może nie zmienia wszystkiego, ale trudno o nim nie myśleć.