The Wire – opowieść o walce z narkotykowymi gangami rządzącymi ulicami Baltimore często nazywany jest najlepszym serialem w dziejach. Czy paręnaście lat po swojej premierze  nadal robi tak duże wrażenie? I co właściwie świadczy o jego wspaniałości?

Nie będzie żadnym odkryciem stwierdzenie, że to dzięki serialom HBO zaczęła się rewolucja, której skutkiem były narodziny telewizji jakościowej w dzisiejszej formie. Owszem można dawać przykłady udanych seriali z wcześniejszych lat, ale dopiero w wypadku produkcji HBO możemy mówić o prawdziwych zmianach. Pierwszym uderzeniem, o którym mało kto dzisiaj pamięta, był więzienny dramat “Oz”. Jednak bezapelacyjnym początkiem nowej ery seriali była dopiero “Rodzina Soprano”, do dzisiaj zresztą bijąca rekordy popularności. Jak na tamte czasy szokowała publikę bezpośredniością pokazywanej przemocy i seksu oraz wątpliwą moralnością postaci. Do tego dochodziły doskonale rozpisane charaktery, genialne dialogi i ogólnie wysoki poziom samej produkcji. To właśnie opowieść o cierpiącym na depresję Tonym Soprano rozpoczęła supremację stacji na serialowym rynku, która to została zagrożona dopiero niedawno przez pojawienie się Netflixa. Innym stacjom produkcję wybitne się zdarzają, a HBO trzaska je jedną za drugą.

Na początku było The Wire

Może będę dla niektórych wiarołomcą, ale uważam, że prawdziwy potencjał tkwiący w serialach telewizyjnych został pokazany dopiero dwa lata po premierze “Rodziny Soprano”. To właśnie wtedy wyemitowany został pierwszy odcinek The Wire (polskie Prawo ulicy nie przechodzi mi przez gardło), przez niektórych uznawane za najlepszy serial w historii telewizji. Mimo swojej niezwykłości nie zdobył jednak tak szerokiej rozpoznawalności. To kwestia gustu, choć pewnie tematyka włoskiej mafii jest dla przeciętnego widza ciekawsza niż walka policji z narkotykowymi gangami na kilku osiedlach w Baltimore – bo to właśnie jest główna osią fabularną The Wire. Z jednej strony mamy typowego cwanego gliniarza Jimma McNultyego, który trafia na trop nieznanego szerzej Avona Barksdale’a trzęsącego narkotykowym światem Baltimore. Z drugiej strony barykady obserwujemy poczynania siostrzeńca wspomnianego gangstera, D’angelo. Na początku opowiadana w serialu historia może wydawać się sztampowa – ot kolejna opowieść o glinach walczących zarówno z przestępczością, jak i niedziałającym system. Kilka pierwszych odcinków może potęgować takie wrażenie, ale potem wszystko zaczyna się zmieniać.

Omar - to między innymi "The Wire" jest takie cudowne

W ciągu tych kilku odcinków widz szybko orientuje się, że para bohaterów, które uważał za główne postaci tej historii, jest tylko kawałkiem całej galerii fascynujących charakterów stanowiących jeden z największych atutów całego serialu. Trudno mi wskazać inną pozycję mogącą pochwalić się tak rozbudowaną plejadą ciekawych bohaterów. W pewnym momencie ich liczba chyba zaczyna przekraczać pięćdziesiąt, jednak nadal doskonale wiemy kto jest kim. Warto zaznaczyć, że prawie każda z nich jest w serialu z jakiegoś powodu i stanowi element dziwnego ekosystemu, jakim okazuje się samo miasto Baltimore – tak naprawdę prawdziwy główny bohater. Bo The Wire to ostatecznie historia o mechanizmach kierującymi metropolią. Autorom udało stworzyć obraz miasta zgodny z socjologiczną logiką, ale jednocześnie pełne tajemnych rytuałów znanych tylko im mieszkańcom.

Afroamerykanie to kluczowy element "The Wire"

Ekipa wprost z ulicy

Wśród ciekawych postaci przodują czarnoskórzy przedstawiciele Baltimore. Grani w dużej mierze przez naturszczyków wprowadzają nas w zupełnie nieznany świat, który rządzi się swoimi własnymi regułami. To postaci przesiąknięte afroamerykańską kulturą do tego stopnia, że widz wychowany w innych warunkach nie jest w stanie do końca zrozumieć sposobu ich funkcjonowania. Zresztą problemem może być samo ich zrozumienie bez wsparcia się napisami – ich slang jest na tyle specyficzny, że na nic przychodzi nawet bardzo dobra znajomość angielskiego. Bardzo dobrym zabiegiem jest dywersyfikacja czarnych bohaterów pod względem otaczającej ich rzeczywistości – większość uważa, że poza życiem na ulicy nie ma innej drogi, jednak są też tacy, co próbują sięgnąć trochę wyżej. Jednym z moich ulubionych bohaterów jest grany przez Idrisa Elbę Stringer Bell – wysoko postawiony diler, który pragnie przenieść swoje interesy na jeszcze wyższy poziom. Dlatego potajemnie uczęszcza na kursy z ekonomii. Jednak żadna postać nie może równać się z niezwykłym Omarem – homoseksualnym banitą żyjącym z okradania dilerów. Mówiący o sobie w trzeciej osobie, niezwykle charyzmatyczny i kierujący się kodeksem honorowym mówiącym, że ludzi nie będących w “grze” nie wolno ruszać, jest uważany za jednego z najlepiej rozpisanych bohaterów w historii telewizji. A pewnie niektórzy stwierdzą, że wręcz lokuje się na pierwszym miejscu.

Rozprawy miedzy gangami to w "The Wire" norma

The Wire to nie serial, to kult

Teraz wybaczcie, ale jeden akapit zostanie poświęcony na niezdrowe, fanowskie jaranie się niesamowitością tego serialu. The Wire jest jak heroina albo podróż do zupełnie innego świata, który nie wypuszcza ze swoich objęć. Jak raz w niego się wejdzie, to na najbliższy miesiąc się przepadło. Nie ma zmiłuj, trzeba liczyć się z nałogowym oglądaniem i zniecierpliwieniem znajomych, którzy już naprawdę nie będą chcieli słyszeć o wspaniałości tego serialu. To jedna z tych produkcji, które podczas seansu zmuszają widza do zadania jednego zasadniczego pytania: Jak to możliwe, że człowiek jest w stanie stworzyć coś tak zajebistego? Klimat, dialogi, aktorstwo czy praca kamery, co chwilę zachwycają czymś nowym, a szczęki nie ma nawet czasu zbierać z ziemi.

Ta kanapa to jeden z charakterystycznych elementów "The Wire"

Czy The Wire jest więc najlepszym serialem w historii telewizji? Osobiście nie cierpię takich ocen, ale z absolutną pewnością mogę stwierdzić, że to jeden z najdoskonalszych wytworów popkultury, który widziałem w życiu. Poziom kreacji świata i żyjących w nim postaci czasami ociera się o geniusz i pozostaje w pamięci na długie lata, co jakiś czas kusząc do powrotu na rządzące się swoim prawem ulice Baltimore. Po prostu perła.