Thor: Ragnarok spełnia pokładane w nim nadzieję. Jest kolorowo, luźnie i bardzo dziwnie. To film na tyle specyficzny, że można mu przez to wybaczyć jego wady. 

Trudno powiedzieć, że ekipa stojąca za trzecią ekranizacją solowych przygód Thora miała do przeskoczenia jakąś wysoko ustawioną poprzeczkę. Wśród kilkunastu filmów wchodzących w skład Marvel Cinematic Universe, produkcje o bogu piorunów należą do tych najsłabiej ocenianych. Jednak miałkość poprzedników paradoksalnie pozwoliła twórcom na o wiele większą swobodę w przygotowaniu kolejnej części. Thor: Ragnarok zaczął mnie interesować od momentu, w którym ogłoszono, kto będzie go reżyserował. Taika Waititi to jeden z najciekawszych i najdziwniejszych reżyserów we współczesnym kinie. Wiadome było, że do tematu komiksowej adaptacji podejdzie od zupełnie innej strony. Choć była też nutka zwątpienia –  w końcu trzy lata wcześniej Marvel podziękował za współpracę Edgarowi Wrightowi przy Ant-Manie, a powodem były za duże różnice w wizjach. Najwidoczniej, to wystarczająco długo, aby włodarze wytwórni zrozumieli swój błąd – w tym filmie czuć ducha i styl jego reżysera.

Thor: Ragnarok to jedna wielka zabawaThor: Ragnarok Tessa

Od samego początku wielki entuzjazm wzbudzały zapowiedzi kierunku, jaki został obrany w kwestii klimatu nowego Thora. W kółko powtarzam, że filmy MCU sprawdzają się najlepiej, kiedy na warsztat biorą jakiś konkretny gatunek i odpowiednio go przerabiają. Tym razem padło na zakręcone kosmiczne science-fiction w stylu chociażby Flasha Gordona i komiksów Jacka Kirby’ego. Z obietnic wynikało, że film ma być jednym wielkim hołdem dla takiej twórczości. I zostały one dotrzymane –  jest kolorowo, szalenie i po prostu dziwnie. Dla niektórych może być nawet za dziwnie – stąd mój baitowy podtytuł. Taika Waititi to twórca o bardzo specyficznym poczuciu humoru, które czasami wydaje się być zupełnie nie na miejscu. Pełno jest w nowym Thorze scen, które naprawdę wydają się wyjęte z przysłowiowego tyłka i zupełnie do niczego nie pasują. Ten film jest jak zabawny kolega, który na imprezie opowiada dowcip za dowcipem, wszyscy się śmieją, a on nagle wsadza Ci palec do nosa. Jednak właśnie to dziwne uczucie świadczy o wyjątkowości tego filmu, która nie pozwala przejmować się jego wadami.

Thor: Ragnarok Grandmaster

Największe zastrzeżenia można mieć do fabuły, która jest co najwyżej prowizoryczna. Cała historia o powrocie bogini śmierci Heli do Asgardu stanowi tylko pretekst do tego, aby wysłać Thora i Lokiego na odległą planetę, w której ten pierwszy stanie się gladiatorem. Najbardziej szkoda tutaj talentu aktorskiego Cate Blanchett, bo niestety Hela to tradycyjny, nijaki villain z marvelowskich filmów. O wiele ciekawszy jest zarządzający tajemniczą planetą Grandmaster – ja pozostaję przy wersji, że grający go Jeff Goldblum po prostu mówił na planie tak, jak robi to na co dzień. Jednak w tym wypadku szczątkowa fabuła nie przeszkadza, bo służy tylko do tego, abyśmy mogli oglądać kolejne dziwadła i wysłuchać tysiąca lepszych i gorszych dowcipów. To zdecydowanie najbardziej komediowy ze wszystkich filmów Marvela – nawet “Strażnicy Galaktyki” mieli w sobie więcej dramatyzmu. Jednych to pewnie zachwyci, inni mogą być zawiedzeni.

Thor: Ragnarok nie udaje niczego więcej niż jest

Thor: Ragnarok Hulk

Thor: Ragnarok najbardziej ujmuje tym, że jest filmem zupełnie bezpretensjonalnym. Doskonale w nim widać, że ekipa pracująca na planie miała świetną zabawę przy kręceniu. Czasami może za dużą, bo patrząc obiektywnie, zabrakło na nim kogoś, kto trzymałby szaleństwa reżysera na wodzy. Jednak jest w tym wszystkim za dużo serca, abym mógł być  w tym wypadku bardzo krytyczny. To jak z tym kolegą wsadzającym palec w nos – trudno czasami oceniać go według standardowej miary, bo wtedy odebralibyśmy mu za dużo jego specyficznego uroku.