Kler to film o olbrzymim potencjale, który został zmarnowany przez brak umiarkowania Smarzowskiego. Naprawdę mocna historia o pedofilii wśród księży została rozwodniona przez typowe dla niego epatowanie patologią i polskim syfem.

 

Wojciech Smarzowski miał szansę nakręcić ważny film, który na dobre rozpędzi dyskusje na temat przewinień Kościoła Katolickiego w Polsce. W końcu chyba żaden inny reżyser nie ma tak dużej siły oddziaływania na masową widownię przy jednoczesnej pochwalę krajowej krytyki. Od samego początku zadaniem jego twórczości jest rozdrapywanie ran i kopanie polskiego społeczeństwa tam, gdzie zaboli najbardziej. W takim wypadku trudno byłoby wyobrazić sobie artystę, który lepiej nadawałby się do tego zadania. Problem jednak w tym, że Smarzowski nie należy do twórców subtelnych i od samego początku istniała obawa, że ta jego zapalczywość i walenie na odlew może Klerowi zaszkodzić. Według mnie właśnie tak się stało, bo owszem po części otrzymujemy wstrząsającą niejednoznaczną opowieść. Niestety gubi się ona w natłoku groteski i dowcipów godnych podpitego wujka-ateisty na weselu.

Kler trwoni swój potencjał

Kler wódka

Fabuła Kleru składa się z historii o trzech księżach, z których każdy znajduje się na innym szczeblu kościelnej hierarchii. Postać grana przez Więckiewicza to kapłan-alkoholik z zapadłej wsi mający romans ze swoją gosposią. Arkadiusz Jakubik wciela się w małomiasteczkowego księdza, który po niesłusznym oskarżeniu o pedofilię zaczyna szukać sprawiedliwości w ramach kościelnej instytucji. Natomiast Jacek Braciak gra księdza-karierowicza marzącego o przeniesieniu się do Watykanu. I o ile historię tych dwóch ostatnich nieustannie się przecinają, tak wątek Więckiewicza jest gdzieś z boku i mimo ważności poruszanego problemu, mógłby zniknąć bez szkody dla fabuły. Najważniejszy ostatecznie okazuje się właśnie temat pedofilii, który rzeczywiście poprowadzony jest w ciekawy i wstrząsający sposób. Problem w tym, że także on ostatecznie doprowadzony jest do tak przegiętej konkluzji, po której prawie prychnąłem z zażenowania. Głupio mi, bo to naprawdę ciężka historia, ale przeskoczenie rekina zawsze działa na mnie tak samo. Nieważne czy mowa o komedii, filmie sensacyjnym, czy właśnie ciężkim dramacie.

Największym grzechem Kleru jest nieumiarkowanie w dawkowaniu widzom kolejnych obrazów brudu i kościelnego zakłamania. Owszem sporo z nich jest trafnych, ale w kolosalnym natłoczeniu zaczynają nużyć, a nawet irytować swoją jednostronnością. Zwłaszcza w dość jednolitym pokazywaniu wiernych. Mnie osobiście jest do kościoła daleko, ale znam sporo osób, które do niego uczęszczają, a wcale nie są nacjonalistami, moherami i zwykłymi troglodytami, jak filmowe tłumy pojawiające się na religijnych uroczystościach. Ja wiem, że taktyką Smarzowskiego jest szokowanie przez wyolbrzymienie, ale zastanawiam się do czego to właściwie prowadzi? W jaki sposób taka narracja może wpłynąć na kogoś, kto i tak nie jest już do niej przekonany? Podobny zarzut mam do postaci arcybiskupa granego przez Janusza Gajosa, który jest tak przekolorowany, że równie dobrze mógłby na jego miejscu pojawić się kardynał Richelieu. Stanowi on ucieleśnienie wszystkich anegdot i historyjek o rozbestwieniu kościelnej władzy, ale w ten sposób tworzy się karykatura wyciągnięta z filmów Patryka Vegi. To wszystko boli, bo gdyby Smarzowski był w stanie się opanować i zrobiłby o wiele krótszy film pozbawiony tej całej patologicznej eksploatacji, to otrzymalibyśmy naprawdę mocną produkcję.

Kler Więckiewicz

Osobny akapit chciałbym poświęcić pewnemu problemowi, który mam z nowszymi filmami Smarzowskiego, a konkretniej zupełnym wytarciem używanej przez niego formuły. Właściwie w każdym jego obrazie używane są te same chwyty mające sponiewierać widza (np. częste przeskoczenie z komedii w dramat). I kiedyś rzeczywiście to działało, ale ja wyrobiłem sobie już pewien pancerz wynikający z tego, że doskonale wiem, w jaki sposób Smarzowski będzie chciał mnie uderzyć. Jako reżyser nie szuka nowych sposobów, aby zszokować i znaleźć innego wrażliwego miejsca. Dlatego te wszystkie straszne i obrzydliwe sceny, które znajdują się w Klerze nie robiły już na mnie większego wrażenia. Może to kwestia tego, że gdy po raz enty widzę ten sam motyw to rodzi się we mnie poczucie, że nie mam do czynienia ze szczerym przekazem tylko wykalkulowaną taktyką. A nie ma nic gorszego dla odczuwania filmu niż pozbycie się tej iluzji. Choć chyba jestem w odosobnieniu, bo na sali kinowej tłum śmiał się przy każdym bluzgu z ust księdza, a potem ci sami ludzie opowiadali o mocy tego filmu.

Kler to kolejny dowód, że nie liczy się już forma, a tylko sam przekaz

Kler nie jest filmem, który wywoła wartościową dyskusję, raczej zaogni już i tak trwający konflikt. Największym problem obrazu Smarzowskiego jest to, że właściwie nie mówi nam niczego, czego wcześniej nie znaliśmy z gazet i telewizji. Jednak po pierwszych przychylnych opiniach widzę też inny problem: znowu wychodzi na to, że nieważna jest sama jakość filmu i jego ewidentne wady, ale poruszana przez niego tematyka i stanięcie po konkretnej stronie konfliktu. Może w tym wypadku to jeszcze nie jest aż tak bijące po oczach, ale można zauważyć nasilajacy się trend pozwalający warstwie ideologicznej przesłonić samą jakość dzieła. To klimat nie na stwierdzenie “kurde, dobry film” tylko “ale dopierdolił tym klechom, to było mocne”. A to sygnał niepokojący, niezależnie od strony, która korzysta z tej taktyki.