The end of the F**king World trudno traktować jako pełnoprawny serial. To osiem odcinków, które razem nie trwają nawet trzech godzin. Jednak to wystarczająca ilość czasu, aby zadać widzom mocniejszy cios niż większość “dużych” produkcji.

James i Allysa mają po siedemnaście lat. On uważa się za pozbawionego uczuć psychopatę i marzy o zamordowaniu człowieka. Ona widzi siebie jako niezależną dziwaczkę, która dusi się w małym miasteczku i chce z niego uciec. Oboje znajdują w sobie nadzieję na zrealizowanie swoich planów, więc razem wyruszają w podróż. Brzmi to jak kolejna opowieść o pięknych dziwakach odnajdujących szczęście w swojej inności? Jeśli tak to daliście się nabrać twórcom, bo prawda jest zupełnie inna i o wiele bardziej przykra. Bo podróż dwójki młodocianych bohaterów wcale nie będzie przypominała romantycznych historii wyjętych spod prawa, takich jak Bonny i Clyde, Urodzeni Mordercy czy Prawdziwy romans – do tego ostatniego serial nawiązuje zresztą w bardzo widoczny sposób. Jednak nie będę zdradzał na temat fabuły nic więcej. Wiedzcie tylko, że musicie się szykować na niezłe zderzenie ze ścianą.

The end of the f**king World szybko zaskakuje The end of f**king world tru romans

Wcale nie uważam tego serialu za najlepszą produkcję mijającego roku, bo jednak sporo jej brakuje. Są serie lepiej zrealizowane, z bardziej umiejętnie poprowadzoną narracją i tempem. Jednak wbrew pozorom, właśnie w tej lekkiej nieporadności tkwi duża część uroku The end of the F**king World. Brytyjski serial ma w sobie ten pewien rodzaj twórczego zacięcia i pazura, który jest możliwy do uzyskania tylko w przypadku ograniczonych środków. Dzięki temu ta krótka opowieść wypełniona jest punkową energią, która nie pozwala się oderwać od ekranu.A te produkcyjne niedopatrzenia idealnie wpisują się także w nastrój całej historii, która nieudanymi usiłowaniami stoi.  Za to nie mogę przyczepić się do gry nastoletnich aktorów – James wydaje się być zanurzony w odmętach depresji, a Allysa sprawia wrażenie, jakby w każdej chwili miała się załamać.

The end of the f**king world pocałunek

The end of the F**king World wydaje mi się także dość ważnym tytułem pod względem historii kina. Oto dojechaliśmy do końca drogi zapoczątkowanej przez takie filmy jak Napoleon Dynamite, a ugruntowane przez “Powrót do Garden State”. To całkiem ciekawy sposób filmowej narracji, ale jednak obecny w obiegu, nazwijmy to, “Sundance’owym” już za długo. Ci wszyscy hipsterzy, freaki i wykolejeńcy ukazywani w charakterystyczny sposób po prostu zbyt się nam opatrzyli, a w kinie niezależnym nie ma chyba od tego nic gorszego. I nagle dostajemy przepiękną klamrę – opowieść o nastolatkach, którzy chcieliby się widzieć właśnie jako bohaterowie historii o niezależnych wariatach. Ten czas już się skończył, szukajmy innych alternatyw – w tym temacie powiedziano już chyba wszystko.

The End of the F**king World nie zostawia widza obojętnymthe end of the fucking world las

Warto się tym serialem zainteresować, nawet jeśli nie do końca podejdzie Wam jego stylistyka. To zaledwie osiem odcinków, które trwają krócej od niejednego, mniej interesującego filmu. To jedna z tych produkcji, które potrafią wziąć z zaskoczenia i walnąć obuchem po głowie. Całkiem możliwe, że okaże się dla Was niezjadliwa, ale jeśli dacie się jej ponieść, to pokochacie ją miłością absolutną. Tak czy siak, nie przejdziecie obojętnie.

PS. Dla porządku zaznaczę, że serial jest adaptacją komiksu pod tym samym tytułem autorstwa Charlesa Forsmana.