Warcraft: Początek – długo oczekiwania ekranizacja kultowej serii gier sprawiła, że znowu poczułem się jakbym był lubiącym gry nastolatkiem. Tylko, że tym razem nie jest to pozytywne odczucie.

Plan zrealizowania filmowej adaptacji Warcrafta od początku wydawał mi się pomysłem co najmniej chybionym i to z kilku powodów. Pierwszym i najważniejszym jest sama idea tworzenia ekranizacji gier. To media oparte na tak innych założeniach narracyjnych – w końcu całą siłą gier jest to, że nie są filmami i opierają się na immersji wynikającej z poczucia bezpośredniego udziału w przedstawianych wydarzeniach. Zazwyczaj okazuje się, że to co fajne w grze na ekranie traci swój urok. Drugim potencjalnym problemem jest próba ukazania rozbudowanego świata w ciągu dwóch godzin. Obawy te wzrosły na sile po trailerach, które zapowiadały produkcję rażącą sztucznością i brakiem subtelności. Jedynym światełkiem w tunelu była postać reżysera, czyli Duncana Jonesa mającego na koncie bardzo udany Moon. Niestety, syn Davida Bowiego tym razem nie podołał, a jego dusza miłośnika gier chyba tylko zaszkodziła produkcji.

Warcraft: Początek poraża sztucznością

warcraft: początek naturalnosc

Podczas oglądania Warcrafta poczułem się znowu jakbym miał piętnaście lat, jednak w tym wypadku to nie jest komplement. Z tego, co pamiętam, to taki okres, w którym człowiek zaczyna tracić umiejętność pełnego wejścia w świat przedstawiony i zaczyna odkrywać, że nie wszystko co zawiera w sobie jego ulubione postaci musi z automatu być fajne. A wydaje mi się, że taka ideologia przyświecała twórcą tego filmu. Jego głównym atutem miało być ukazanie zaślinionym nerdom znanych im postaci, wydarzeń i miejsc przeniesionych na duży ekran i połączonych jakimś tam pozornym scenariuszem. Nie jestem jakimś wielkim znawcą warcraftowego uniwersum, ale jakieś najważniejsze fakty znam. Mamy więc Hordę pod wodzą Gul’dana, która przechodząc przez Mroczny Portal atakuje królestwo Azeroth, a jego szlachetni wojownicy stają w obronie swojej pięknej krainy. Są też Orki, które zaczynają rozumieć błąd swojego przywódcy i próbują się z ludźmi dogadać. A i są też różni magowie, którzy pomagają wszystkim, ale mają też swoje interesy.

warcraft dresiarz
Powyższy opis przedstawia dość prostą fabułę, ale nie przeszkadza to aby historia pokazana w filmie była chaotyczna i pędząca na łeb na szyję. Jak wspomniałem wyżej coś tam z tego świata znam, ale w czasie seansu musiałem mocno się skupić by nie stracić wątku. Pojawia się pełno postaci mówiących o różnych miejscach i skaczące z lokacji do lokacji bez większego uzasadnienia. Przez większość scen motywacją dla bohaterów jest chyba tylko pchanie fabuły do przodu. Pojawia się wiele ciekawych miejsc jakby chociaż szkoła magów, które można by pokazać dłużej niż przez dosłownie dwie sceny. Nie ukrywam, że w czasie filmu kilka razy sięgnąłem po Wikipedię by przypomnieć sobie znaczenie poszczególnych postaci dla historii całego uniwersum.  One same zresztą w większości przypadków pokazane zostały bardzo nijako i niezbyt chce im się kibicować. Lepiej sprawdziłyby się jako jednostki na ekranie komputera. Aktorsko też trudno mówić o zadowalającym wyniku.  Mamy tu do czynienia raczej z poziomem znanym z fanowskich produkcji lub porno parodii. Tyle, że nie ma w tym ani fanowskiego zapału ani oczywistych zalet tych drugich obrazów.

Warcraft i złe CGI

No dobra, ale w końcu fabuła i postaci niekoniecznie muszą świadczyć o sile filmu fantasy opowiadającego o epickiej wojnie mającej na zawsze odmienić losy świata przedstawionego. Ta ważkość wydarzeń pojawia się niestety głównie w gadaninie bohaterów, bo na ekranie za bardzo tego nie widać. Trudno tu mówić o wojnie skoro pojawia się tylko kilka potyczek i jedna, pozbawiona jakiegokolwiek dramatyzmu bitwa. Zamiast finału Mistrzostw Świata potyczka powiatowych zespołów z piątej ligi.

Filmowy Warcraft nie jest nawet ładnywarcraft i charakteryzacja jak z pornosa

W kwestii wizualnej też za dobrze nie jest. Trzeba przyznać, że graficy i spece od efektów włożyli w nią dużo pracy, co niestety widać aż za dobrze. Film po prostu razi swoją sztucznością i dziwnym rozpięciem jakościowym pomiędzy rozbudowaną cut-scenką a poziomem z wcześniej wspomnianej porno parodii. Ponownie mogę stwierdzić, że dobrze sprawdziłoby się to jako przerywnik między misjami, ale jako długa forma już niezbyt.

Warcraft: Początek to dobre przypomnienie dlaczego adaptacje gier nie sprawdzają się za dobrze jako filmy. Skierowany niby do fanów, ale pozbawiony ducha kandydat na serię blockbusterów zostanie zapamiętany raczej jako nieudany eksperyment. Lepiej ponownie odpalić sobie jakąś część gry – emocji i zabawy będzie przy tym więcej.