Przed Wami moje przemyślenia na temat drugiego sezonu hitowego Westworld. Począwszy od odcinka trzeciego będą one aktualizowany co tydzień. Tekst oczywiście roi się od spoilerów.

Zanim rozpocznę omawianie dotychczasowych odcinków drugiego sezonu Westworld, chciałbym w ramach wstępu przedstawić Wam swój stosunek do całego serialu, bo uznaję to za kluczowy aspekt dalszej analizy. Opowieść o futurystycznym parku rozrywki to produkcja, która dość mocno podzieliła widzów i to niekoniecznie w kwestii jakości samego serialu, co raczej w podejściu do jego ciężaru gatunkowego. Dla niektórych ważniejsza okazała się warstwa dotykająca problemów istoty człowieczeństwa, powstawania świadomości i tworzenia sztucznego życia. Natomiast inni traktowali Westworld bardziej jako przyjemną rozrywkę w otoczce science fiction. Muszę przyznać, że osobiście stoję gdzieś pomiędzy dwoma tymi spojrzeniami. Owszem doceniam fakt, że twórcy starają się dać swoim widzom do myślenia, ale nie zawsze wychodzi im to bez popadania w banał i patetyczne tony. Czasami trudno uniknąć też śmieszności choćby tak, jak w kwestii rozwiązania genialnego algorytmu Alberta (to z piramidą pośrodku). Jednak jako trzymająca w napięciu rozrywka z wieloma ciekawymi pomysłami pierwszy sezon był dla mnie naprawdę przyjemną produkcją. Mam chyba też dość mało popularny pogląd o tym, że serial wcale nie potrzebował kontynuacji i otwarte zakończenie byłoby całkiem satysfakcjonujące. Skoro tak się jednak nie stało, to nowe odcinki przyjmuję z dużą otwartością. Przejdźmy zatem do omówienia kilku najważniejszych kwestii nowej odsłony.

 

Gracze w Westworld

Jeden ze scenarzystów rozgrywki w "Westworld"

Podoba mi się, jak cztery główne postaci drugiego sezonu poustawiana zostały po różnych stronach konfliktu w taki sposób, że wątek każdej z nich wnosi do fabuły co innego. Najtrudniejsze mogło to się wydawać w wypadku Dolores i Maeve. W końcu ich losy wydają się dość podobne, dwójka zbuntowanych androidek, które postanawiają przeprowadzić rewolucję i zemścić się na ludziach. Jednak jest między nimi wyraźna różnica: Dolores ciągle trwa w rozgrywce zaprogramowanej przez doktora Forda, natomiast była kurtyzana jest już poza nią i korzysta z zewnętrznej pomocy. Maeve wydaje się także bardziej skupiona na swoim własnym wyzwoleniu.

Bernard próbuje zrozumieć swoją pozycję w "Westworld"

Z drugiej strony mamy dwa zagadkowe wątki w postaci Bernarda i Człowieka w Czerni, których celem jest odkrycie kolejnych tajemnic związanych z Wielką Grą. W przypadku Williama nadal nie wiemy za dużo, bo jego postać tak naprawdę pojawiła się głównie w drugim odcinku. Ponownie okazuje się, że jest on kluczowy dla rozwikłania tajemnicy stworzonej przez Forda i gra jest świadoma jego obecności. Jest on w sytuacji dość niewygodnej, bo musi radzić sobie zupełnie sam, co świetnie pokazała scena ze zbiorowym samobójstwem hostów. Podobnie jak w pierwszym sezonie jego wątek wydaje mi się najciekawszy. Trudno dokładnie określić cel postaci Bernarda, ale wiadomo, że będzie kluczowy dla przejścia wszystkiego w kolejny etap. Za to jego zawieszenie pomiędzy światem ludzi a hostów ponownie jest bardzo obiecujący. Niemożność oceny w tym wypadku wynika bezpośrednio z następnego podpunktu.

 

Zabawa z lokalizowaniem w czasie

Dla Człowieka w Czerni Westworld jest sensem życia

Jeden z większych zwrotów fabularnych pierwszego sezonu polegał na tym, że twórcy zaigrali z naszej wiary w oglądanie historii rozgrywającej się w jednej linii czasowej. Twist odkrywający prawdziwą tożsamość Człowieka w Czerni zapowiadał, że możemy spodziewać się więcej zabawy w narrację rozerwaną między różnymi okresami. Jednak chyba nie spodziewaliśmy się, że będzie to stanowiło jedno z głównych kół napędowych nowego sezonu. Mamy fragmenty nazwijmy to “teraźniejsze” rozgrywające się zaraz po zakończeniu ostatniego sezonu, ale Bernard funkcjonuje także w niedalekiej przyszłości. Te dwa punkty zaczepienia każą nam się zastanawiać, w jakim momencie właśnie się znajduje rozgrywana scena, co daje potencjalne pole do popisu dla następnych wielkich fabularnych twistów. Osobiście obawiam się, że może to doprowadzić do pewnego chaosu, ale na razie jestem zaintrygowany. W kwestii nie skupiania się na jednym fragmencie czasu doceniam to, że mamy okazję poznać losy Williama już po powrocie do normalnego świata.

 

Więcej akcji, mniej gadania

Ten sezon widocznie stawia nad podkręcenie scen akcji i ogólnie przygodowego charakteru opowieści. Owszem, drugi odcinek był skupiony na kolejnych rozważaniach dotyczących istoty hostów, ale jednak całość została wyraźnie podkręcona względem pierwszego sezonu. Jest więcej strzelanin, ucieczek, a w trzecim odcinku mieliśmy do czynienia z dużą bitwą. Pewnie niektórym będzie brakowało ospałego klimatu pierwszego sezonu, ale dla mnie jest to krok w dobrym kierunku i nie obrażę się za kilka widowiskowych scen więcej. Zwłaszcza, że tworząca się powoli armia Dolores daje sporo ciekawych możliwości.

 

Westworld to nie tylko Dziki Zachód

Okazuje się, że "Westworld" to nie tylko dziki zachód

Nie oszukujmy się, od kiedy w finale poprzedniego sezonu zobaczyliśmy motyw samurajski, to pragniemy zobaczyć, jak wyglądają inne światy. Przez pierwsze dwa odcinki nie było o tym ani widu ani słychu, ale trzeci odcinek dał nam je w podwójnej dawce. Najpierw dowiedzieliśmy się o wersji w kolonialnych Indiach, co pozwoliło poznać nam pewne wskazówki dotyczące umiejscowienia ich względem Westworld. Skoro uczestniczka indyjskiej wyprawy szybko znalazła się wśród Indian, to muszą być one położone względnie blisko. To kolejna intrygująca sprawa, która została podbita jeszcze mocniej przez pojawienie się samurajskiego wojownika w cliffhangerze rodem sprzed dekady.

 

                                   Odcinek czwarty – jakie to było wspaniałe

Główny finansista "Westworld" miał swój ukryty powód

Przyznam się, że do tej porty ten sezon ani razu mnie naprawdę nie porwał, ale zmieniło się to wraz z seansem wczorajszego odcinka, jednego z najlepszych w całym serialu. I to zarówno pod względem artystycznym, jak i fabularno-klimaciarskim. Już sama pierwsza scena (czuć nawiązanie do rozpoczęcia drugiego sezonu Zagubionych) sprawia, że jesteśmy zaintrygowani kogo właściwie obserwujemy. Zresztą cały wątek cyklicznych rozmów z teściem Williama rozwiązany został mistrzowsko, bo daje nam spojrzeć na kilka ważnych fabularnych aspektów. Po pierwsze, pokazuje prawdziwy cel inwestycji w rozwój prac nad androidami, czyli wykorzystanie ich jako nieskończonego przedłużenia życia, a brak pozytywnych efektów daje ciekawe pole dla przemyśleń związanych z transhumanizmem. Po drugie, pozwala nam jeszcze lepiej zaobserwować powolną przemianę Williama w Człowieka w Czerni. Po trzecie, służy jako niezły horrorowy mózgotrzep z powodu ostatniej sceny, w której możemy sobie tylko wyobrażać, jak długo trwała powolna agonia głównego inwestora Westworld. Całość pięknie spina się także z wątkiem Bernarda, który ma coraz większy problemy z rozróżnieniem, w którym miejscu na linii czasu się znajduje, co pewnie zostanie sprytnie wykorzystane przez scenarzystów. No i oczywiście po raz kolejny dostaliśmy dowód na to, że cała historia związana z buntem hostów ma swoje drugie, jak i pewnie trzecie dno.

Jedn z moich ukochanych scen w całym "Westworld"

To wszystko jednak blaknie przy doskonałym fragmencie, w którym Czlowiek w Czerni rozprawia się z okrutnymi żołnierzami w meksykańskiej wiosce. Dawno nie widziałem w telewizji tak pięknie zrealizowanej i wypełnionej znaczeniami sceny. Od klimatycznego deszczu z przebitkami każącymi domyślać się losu żony Williama, poprzez pełną napięcie scenę przy knajpianym stoliku aż po świetnie zrealizowaną sekwencję strzelaniny, która spokojnie może przejść do klasyki westernu. Duch takich filmów jak Bez przebaczenia po prostu unosił się w powietrzu. No i przede wszystkim cudowna, minimalistyczna gra Harrisa, który samym spojrzeniem potrafi zagrać tyle, co inni nie potrafią przez całe życie. Naprawdę zakochałem się w tym odcinku dzięki tej sekwencji. A kolejne pojawienie się Forda-obserwatora było już wisienką na torcie

 

   Odcinek 5 i 6

Westworld spotyka Shogunworld

W dwóch ostatnich odcinkach nastąpiło wyraźne zwolnienie rozwoju fabuły na rzecz ładnych widoczków i efektownych scen, za co największą odpowiedzialność bierze wątek Shogunworldu, który ma w sobie kilka ciekawych smaczków, ale ogólnie mnie rozczarował. Najbardziej podobał mi się motyw związany z lenistwem scenarzystów wrzucających do różnych parków odpowiedni tych samych postaci. W ten sposób bardzo fajnie połączono zagrywkę humorystyczną z kolejnym ważnym pytaniem na temat budowy świadomości hostów. Jednak całość wizyty w japońskiej wersji parku sama w sobie jest raczej tylko ładnym popisem możliwości jakie oferują nam producenci serialu. Było to całkiem przyjemne, ale mam nadzieję, że nie będzie za mocno eksplorowane w przyszłości. Nie wiem, co myśleć jeszcze o całym pomyśle Maeve jako władczyni robotów. Przeplatający się wątek Dolores wydał mi się mocno nijaki, poza końcówką z poświęceniem Teddy’ego. Nawet mnie to ucieszyło, bo ta postać jest dla mnie trudna do zniesienia.

Westworld - Człowiek w Czerni ze swoją córką

W szóstym odcinku mamy do czynienia z przeplataniem się wszystkich czterech wątków, przez co każdy z nich jest pokazany dość pobieżnie i mało satysfakcjonująco. Ma to pewnie uzasadnienie w potrzebie przetasowania i ustawienia wszystkich graczy w oczekiwaniu na zbliżający się finał sezonu. Największe braki odczuwam w stosunku do Dolores, z którą znowu za dużo się nie dzieje (oprócz rozmowy z początku). Nie do końca podoba mi się także kontynuowanie japońskiej przygody, choć walka na miecze rzeczywiście była efektowna. Jednak wolałbym, aby wątek Maeve skupił się bardziej na tym, co dostaliśmy na końcu odcinka (scena z córką bardzo na plus). Człowiek w Czerni też nie zaszedł za daleko, oprócz tego, że znowu dowiadujemy się jakim wielkim jest draniem. Z Bernardem sprawa ma się podobnie – przez większość odcinka chodzi, aby pod koniec stać się bohaterem cliffhangera z Fordem (dobrze, że nie sprawdzałem kto gra w tym sezonie, niezłe zaskoczenie). Cały odcinek można podsumować jako przedsionek do ciekawszych rzeczy, ale jako całość wydał mi się co najmniej nudny. Trzeba mieć nadzieję, że następne nam to wynagrodzą.

                  Odcinek 7 – Westworld, czyli pożar w burdelu


Westworld bez Anthony'ego Hopkinsa nie był taki sam

Tratata, tratata, tratata! Tak można w skrócie opisać to, co się działo w tym odcinku. Właściwie ciągle słuchaliśmy odgłosów wystrzałów i to w prawie każdym zakątku Westworld. Dolores w końcu odebrała to, czego poszukiwała i jednoznacznie określiła się jako ta mroczna strona hostów. Muszę powiedzieć, że trochę drażni mnie ta ich bojowa doskonałość, bo ponownie okazuje się, że oddział elitarnych komandosów, szkolonych pod taką okoliczność, nie potrafi nic zdziałać. A scena z uwodzeniem było już trochę żenująca. Dużo w tym odcinku było leniwych zabiegów scenarzystów, głównie w postaci kilkukrotnej deus ex machiny ratującej bohaterów. Zalicza się też do tego dość tani zabieg pozostawienia Maeve i Williama na skraju śmierci – podwójne użycie tego chwytu na pewno nie zwiększa napięcia. Za to ciekawie został rozwiązany wątek Bernarda, zwłaszcza jeśli chodzi o skubańca Forda, który może jeszcze mocno namieszać. Dużo chaosu i jeszcze więcej strzelania sprawiło, że odcinek niby był wypełniony akcją po brzegi, ale zabrakło w nim trochę konkretu.

odcinek 8 – opowieść Indianina

Westworld Indianin

 

Aż mi się przypomniało oglądanie dalszych sezonów Lostw których także dostawaliśmy całoodcinkowe retrospekcje pogłębiające ten świat. Tylko w przypadku Westworld rzeczywiście dostaliśmy opowieść, która sprawia, że możemy spojrzeć na tworzenie się samoświadomości hostów z trochę innej perspektywy. Sama historia krwiożerczego Indianina sama w sobie jest dość ciekawa i zawiera sporo egzystencjalnego lęku opartego na spotkaniu z nieznanym. Pozwala nam także spojrzeć trochę szerzej na wątek Maeve oraz wcześniejsze knowania Forda związane z uwolnieniem hostów. No i powraca symbol labiryntu. To wszystko składa się w dość ciekawy odcinek, ale mam z nim jeden zasadniczy problem. Czy w przypadku sezonu składającego się tylko z dziesięciu odcinków, poświęcanie takiego czasu jednej opowieści nie jest przypadkiem lekkim roztrwonieniem? Zostały nam odcinki, a pootwieranych wątków jest tyle, że obawiam się strasznego chaosu związanego z finałem lub rozczarowującego przerzucenia rozwiązań na następny sezon.

 

William, coś Ty odjebał

Westworld Ed Harris

 

Nie da się inaczej określić tego, co stało się w wątku Człowieka w Czerni/Williama. Byłem pewien, że jego postać nie może stać się już bardziej tragiczna i jednocześnie wzbudzająca niechęć, a jednak twórcom się to udało. Świetnie poprowadzona historia związana z upadkiem jego rodziny połączona z przekraczającą wszelkie granice paranoją w Westworldzie. Choć jego błyskawiczna regeneracja jest trochę naciągana. Obstawiam, że śmierć dopadnie go w finale rozgrywającym się w Valley Beyond, bo jego wątek wydaje się już kompletny. W przypadku postaci Dolores moja niechęć sprawia, że trudno mi rozpaczać z powodu samobójstwa Teddy’ego – sama na sobie to sprowadziła, co pewnie spowoduje jej dalsze popadanie w mrok. Maeve na razie za dużo zrobić nie mogła, ale oczywiste jest, że to ona ponownie zmieni zasady gry, według których będzie rozgrywał się następny sezon. Natomiast Bernard jest już umęczony, że autentycznie jest mi go żal i liczę na trochę spokoju dla niego. Za kilka dni wielki finał i liczę na kilka wykrzywiających umysł zwrotów fabularnych.

 

Finał pełen rozczarowań

W rodzeństwie Nolanów wkurza mnie ta ich niezachwiana wiara w to, że tworzą jakieś niesamowicie skomplikowane, genialne w konstrukcji układanki. Tylko problem jest taki, iż są one zazwyczaj pełne dziur i niedopowiedzeń oraz przysłaniają właściwą fabułę. I tutaj poczułem się tak samo, bo to całe zamieszanie z momentami w narracji ostatecznie nie służyło niczemu oprócz zszokowania widza kolejnym twistem. W ogóle uważam, że scenarzyści powinni mieć jakiś limit zwrotów fabularnych do wykorzystania na jeden odcinek, bo w tym wypadku to się chyba wzorowali na dokonaniach Moffata w Doktorze Who – ja w pewnym momencie zacząłem odczuwać z tego powodu pewną irytację. Było też kilka scen niezamierzenie zabawnych, jak na przykład poświęcenie pana głównego od narracji (nawet nie pamiętam jak się nazywał). Patrząc na sezon jako całość mam wrażenie, że tej konkretnej fabuły zabrakło na dziesięć odcinków i postaci przez większość czasu krążyły w kółko, nie do końca wiedząc co ze sobą zrobić. Przez co kiedy dotarli do miejsca finału miałem w głowie raczej “coś im długo to zajęło” niż jakiekolwiek zainteresowanie. W sumie to z tym sezonem mam podobnie jak z poprzednim, czyli ma dużo dobrych momentów, ale w samemu rozwiązaniu wątku “wielkiej zagadki” znowu zalatuje mi bardzo tanią filozofią i tandetnymi rozważaniami o ludzkiej naturze (ta rozmowa z System trochę mnie zażenowała). I ponownie nie czuję potrzeby, aby ten serial był kontynuowany, ale pewnie i tak obejrzę cały trzeci sezon. Ot, taki westworldowy paradoks.