Na pierwszy rzut oka, Whiplash to powtarzana milion razy historia o ambitnym uczniu i surowym nauczycielu. Jednak ten film łamie utarte schematy i zabiera niczego niespodziewającego się widza na emocjonalną jazdę bez trzymanki.

Whiplash to film, który może zaskoczyć niejednego widza tym jak umiejętnie podchodzi do jednego z najbardziej ogranych schematów filmowych, czyli relacji utalentowanego ucznia z jego srogim, ale widzącym potencjał mentorem. Znamy to przecież wszyscy – Po początkowych problemach ze zrozumieniem, dwójka w końcu zaczyna się zaprzyjaźniać, bo wspólna praca i pasja to magiczna siła łamiąca wszelkie bariery. Do tego okaże się, że surowy mentor tak naprawdę jest wrażliwy, ale zamknął się przed światem, bo ma raka/umarła mu żona/dzieci z nim nie rozmawiają. Chłopak zaś spotka dziewczynę, która zakocha się w jego pasji i pomoże mu osiągnąć wymarzony sen. Typowy materiał na piękną przypowieść prost z Hollywoodu. Na początku Whiplash oszukuje widza, że opowie mu właśnie tego typu historię. Andrew, główny bohater filmu wychowywał się bez matki, nie ma żadnych przyjaciół, a jego jedynym marzeniem jest zostanie zapamiętanym jako jeden z najdoskonalszych perkusistów w historii. Trafia do prestiżowej nowojorskiej szkoły muzycznej, gdzie poznaje znanego z drakońskich metod nauczania Fletcher. Ten drugi to prawdziwy kat, dla którego liczy się tylko perfekcja. Obaj bohaterowie są typami, których nie polubi sam widz, więc trudno żeby sami darzyli siebie jakąkolwiek sympatią. Wydaję, się że główny bohater jest jeszcze większym dupkiem niż jego nauczyciel, co idealnie widać po fakcie rzucenia przez niego dziewczyny w celu pozbycia się zbędnego balastu na drodze do sukcesu. Ponieważ Whiplash pokazuje prawdziwe, nie typowo słodko-tęczowe, podejście do pasji i dążenia do bycia jak najlepszym. Pokazuje, że prawdziwi mistrzowie opanowani są obsesyjną wręcz potrzebą dążenia do coraz lepszych wyników. Nie ważni są inni ludzie, ani nawet własne zdrowie. W czasie trwania filmu obserwujemy jak Andrew staje się coraz bardziej wściekły, głównie na swoje własne ograniczenia. Ale ta wściekłość daje mu niesamowitą wolę działania, która aż razi swoją brutalną mocą. I ta brutalność odbija się także na widzu. Myślę, że uczucie tej pierwotnej złości zostanie w widzach nawet po tym jak już zupełnie zapomną fabuły filmu.

Odczuwanie tych wszystkich emocji jest oczywiście możliwe dzięki wyśmienitej realizacji i grze aktorskiej. Wcielający się w rolę Fletchera J.K. Simmons wydaje się do niej wręcz urodzony. Jego wściekłość i bezgraniczne oddanie muzyce wychodzi naprawdę naturalnie. Równie dobrze wypada odgrywający głównego bohatera młody Miles Teller, który doskonale oddał zaciętość swojej postaci. Jednak największym bohaterem tego filmu są zdjęcia, dźwięk i montaż, który współpracują z sobą w perfekcyjny sposób. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się jak można za pomocą obrazu oddać charakter perkusji, to po obejrzeniu Whiplash nie będziecie mieli z tym więcej problemu. Szczególnie po znakomitej finałowej scenie, która sprawi, że przez następny tydzień będziecie się łapali na graniu na powietrznej perkusji.