“Snajper” Clinta Eastwooda to propaganda wojenna w czystej postaci. Aż strach pomyśleć, że film odniósł taki sukces, a w USA przez dużą część społeczeństwa uznany został  za portret doskonałego amerykańskiego żołnierza.

Większość opinii pojawiających się w polskich mediach twierdzi dość jednoznacznie: “Snajper” jest filmem propagandowym i przepełnionym amerykańskim patriotyzmem jak to tylko jest możliwe. Nie chciało mi się wierzyć, że Eastwood mógł zrobić bezrefleksyjną pochwałę amerykańskiej armii. W końcu to jeden z najbardziej niepokornych amerykańskich reżyserów, który stworzył tak niejednoznaczne moralnie obrazy jak rewelacyjna “Rzeka tajemnic”. Na swoje nieszczęście wybrałem się do kina z nadzieją, że nawet jeśli “Snajper” jest tak jednostronny ja mówią, to przynajmniej obejrzę dobrze zrealizowane kino wojenne. No cóż, w życiu nie zawsze dostaje się to, co by się chciało.

“Snajper” opowiada historię Chrisa Kyle’a uznawanego za najlepszego snajpera w historii armii USA. W czasie swoich czterech misji w Iraku zabił około 150 osób, czym zdobył sobie przydomek Legendy. Dodatkowo był niezłym chujkiem, który często zmyślał na temat swoich dokonań i oficjalnie powiedział, że zabijanie złych ludzi mu się podobało i chętnie zabiłby ich więcej w celu ratowania Amerykanów. Eastwood w swoim filmie skupia się na pozytywnej stronie postaci Kyle’a, nawet nie wspominając o tym, że ten dorobił się milionów na swojej autobiografii “Cel snajpera”. Jego filmowy odpowiednik, to wręcz stereotypowy “porządny Amerykanin”, prawdziwa sól tamtej ziemi. Wychowany według zasady “Bóg, honor, ojczyzna”, pracuje na swoim ranczu w Teksasie, jeździ na rodeo i celuje w raczej przyziemne rozrywki. Jednak w pewnym momencie widzi wiadomość o wybuchu bomby w amerykańskiej ambasadzie i postanawia pomóc swojej ojczyźnie. Przechodzi ciężkie szkolenie, zostaje snajperem i dużo strzela do złych ludzi. Po drodze żeni się jeszcze z kobietą, której rola w filmie sprowadza się do płaczu i rodzenie kolejnych dzieci. Do tych kilku zdań można sprowadzić właściwie całą psychikę tego bohatera. W tym świetle śmieszy trochę wypowiedź wcielającego się w niego Bradleya Coopera, który stwierdził, że film jest wnikliwym portretem psychologicznym. “Świat według Kiepskich” też podobno jest ciekawym obrazem polskiego społeczeństwa.

W trakcie seansu ciągle miałem nadzieję, że zaraz pojawi się scena, która pozwoli mi uwierzyć, że Eastwood chciał wyszydzić amerykańską propagandę i patriotyczne zaślepienie. Niestety od samego początku z ekranu wylewa się wyłącznie patos strawny chyba tylko dla Amerykanów i obywateli totalitarnych reżimów. Inni widzowie powinni przed seansem dostawać specjalne okulary ze szkłami w kolorach Gwieździstego Sztandaru. Reżyser nawet nie sili się na pokazywanie interwencji w Iraku inaczej niż jako świętej misji narodu wybranego. Irak to siedziba zła, a wszyscy jego obywatel to “dzikusy”. Jeśli jakiś muzułmanin zaprasza żołnierzy na kolację, to zaraz okaże się, że ukrywa w domu składzik broni. Pojawia się też nemezis naszego dzielnego amerykańskiego wojaka, syryjski snajper Mustafa. Wiemy o nim tyle, że był medalistą olimpijskim i zabija dobrych żołnierzy. Tu wychodzi na jaw największa hipokryzja filmu, Kyle jako snajper broni dzielnych komandosów, snajper drugiej strony jest najgorszym sukinsynem. Choć najzabawniejszą postacią filmu jest “Rzeźnik”, bezwzględny morderca, który musiał się nauczyć swojego fachu od jakiegoś czarnego charakteru z filmu Disneya.

Oczekiwałem, że przynajmniej nominacja dla Coopera okaże się zasłużona. Ostatnio przekonałem się do jego talentu i byłem bardzo ciekawy jak poradzi sobie z dramatem cięższego kalibru. Jednak nie nagrał się w filmie za dużo. Jego popisy aktorskie ograniczają się do krzywienia twarzy podczas celowania do kolejnych ofiar. Za to fanki jego urody będą miały na co popatrzeć, bo najazdów na twarz aktora jest w filmie naprawdę dużo.