Ostatni tom “kolorowej” serii Jepha Loeba i Tima Sale’a to przykład porządnego rzemiosła opartego na sile sentymentu. Album nie wywołuje zachwytu, ale warto go przeczytać choćby ze względu na rewelacyjne rysunki.

Jedną z największych mocy komiksów superbohaterskich jest wywoływanie u czytelnika sentymentów i poczucia nostalgii. Odnosi się to zwłaszcza do historii z czasów, kiedy wszystko było prostsze i łatwiejsze. Dlatego raz po raz twórcy wracają do początków znanych herosów i przedstawiają je po swojemu. Jednak mało kto posunął się w tej praktyce tak daleko, jak wielokrotnie nagradzany duet składający się ze scenarzysty Jepha Loeba i rysownika Tima Sale’a. Panowie stworzyli cały cykl, nieformalnie nazywany “kolorowym”, w którym superbohaterowie wspominają swoje początki w formie wiadomości dla utraconych bliskich. W “Spiderman: Niebieski” Peter Parker kieruje swoją opowieść do Gwen Stacy, “Daredevil: Żółty” to opowieść Matta Murdocka o Karen Page, a “Hulk: Szary” skupia się na relacji Bruce’a Bannera i Betty Rose. Ostatni tom serii, czyli “Kapitan Ameryka: Biały” tym razem nie dotyczy utraconej miłości, ale straty najbliższego towarzysza broni Steve’a Rogersa, czyli nastoletniego Bucky’ego.

W omawianym komiksie Kapitan Ameryka wspomina pierwszą poważną misję, którą odbył w towarzystwie młodego przyjaciela. W 1941 roku zostali wysłani do obleganego Paryża, gdzie w przy pomocy oddziału Nicka Fury’ego i francuskich partyzantów mieli powstrzymać plany demonicznego Red Skulla. Podobnie jak w poprzednich tomach serii, Loeb nie próbuje komplikować opowiadanej przez siebie historii, zamiast tego skupiając się na uczuciach głównego bohatera. W wypadku tak pomnikowej postaci jak Kapitan Ameryka  należy spodziewać się przejaskrawionych, pełnych patetyzmu wypowiedzi, które siłą rzeczy są siermiężne. Jednak Loeb zdaje się to zupełnie rozumieć i używa tej stylistyki bez oporów, wyraźnie bawiąc się propagandowym charakterem postaci Kapitana. Dzięki temu zamiast niestrawnych w swoim nadęciu przemów, otrzymujemy przyjemną grę z użytą konwencją. Choć czasami zdarza mu się przeholować i niektóre opisy okazują się nieporadnie zabawne.

Fabuła komiksu jest poprawna i spełnia swoje zadanie, ale w dziełach duetu Loeb i Sale zawsze ważniejsze były dla mni rysunki tego drugiego. Jego charakterystyczna kreska połączona z kolorami Dave’a Stewarta jest tym. co wybija tytuł ponad przeciętność. Sale tworzy plansze, które mają w sobie wiele nonszalanckiego uroku połączonego z rysowniczą energią. W komiksach ze świata Marvela rzadko zdarzają się artyści, którzy tworzą tak atrakcyjnie wizualnie rysunki. Wiele poszczególnych kadrów, jak na przykład te przedstawiające postać Red Skulla, sprawiło, że zamiast śledzić dalszą fabułę, zatrzymywałem się i po prostu w w nie wpatrywałem. I to właśnie dla nich czasami wrócę do tego tomu.

“Kapitan Ameryka: Biały” to album, który idealni spełnia warunki wymagane przez mnie od porządnego komiksu środka. Sprawnie poprowadzona narracja, poprawna historia i świetne rysunki powinny zadowolić każdego, kto lubi pobuszować w sentymentalnych rejonach marveloweskiego świata. Końcowy efekt może być słabszy jeśli czytaliśmy wcześniejsze tomy serii, bo formuła już się wyraźnie zużyła, ale to nadal lektura warta poświęconego jej czasu.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>