Trailery, lub jak ktoś woli zajawki/zwiastuny, to nieodłączna część współczesnej kultury filmowej. Jednak często zamiast zachęcać nas do filmu sprawiają, że nie mamy ochoty go obejrzeć.

 

Sam nie wiem czemu ciągle to sobie robię, ale lubię przychodzić do kina na godzinę widniejącą jako czas rozpoczęcia seansu. Oczywiście wiem, że czeka mnie dwadzieścia minut wpatrywania się głównie w reklamy i oglądanie po raz setny tych samych zajawek, które znam już na pamięć. Może wynika to z tego, że nadal potrafię się podekscytować, kiedy zobaczę po raz pierwszy trailer do filmu, na który rzeczywiście czekam. Taka mała niespodzianka to bardzo przyjemna sprawa, ale zdarza się coraz rzadziej. Wiadomo – najczęściej i tak zobaczyłem go wcześniej w Internecie. Jednak bardziej boli mnie to, że niezbyt często są one interesujące same w sobie, a co gorsza potrafią popsuć odbiór samego filmu

Trailery stają się desperackietrailery

Istnieją legendy miejskie o ludziach, którzy w okresie zapowiedzi Drużyny Pierścienia potrafili kupić bilet na film, obejrzeć zwiastun i wyjść z sali, a następnie powtórzyć to jeszcze kilka razy. Jak to bywa w takich opowieściach, trzeba brać je z pewną poprawką, ale nadal fajnie pokazuje, jak szybko przeszliśmy transformację z wiecznego niedosytu do permanentnego przesytu. W dzisiejszym świecie wytwórnie filmowe muszą walczyć o każdą chwilę naszej uwagi i nieustannie przypominać, że powinniśmy oczekiwać nowego hitu. Co sprowadza się do strasznego rozdrobnienia kampanii promocyjnych, w których liczy się nawet kilka sekund. To z kolei doprowadziło do zjawiska, którego szczerze nie cierpię, czyli teaserów ograniczających się najczęściej do przydługiej ekspozycji tytułu filmu i dosłownie mignięcia właściwego materiału filmowego. Więc mamy nagranie mające zbudować hype do nagrania, które także służy budowie oczekiwania. Sprawa jednak poszła ostatnio jeszcze dalej i coraz częściej widzimy odliczania do pokazania teasera – to już naprawdę zaczyna wyglądać jak desperacja.

trailery nikt

Przejdźmy jednak do samych trailerów i wad w ich konstrukcji, które można sprowadzić do dwóch głównych czynników: pokazują za mało lubi zdradzają całą fabułę filmu. W sumie teraz następuję dość ciekawy moment, bo najlepszym dowodem na nieudolność tej pierwszej kategorii jest to, że niezbyt jestem w stanie przypomnieć sobie jakieś przykłady, bo ich nijakość sprawiała, że od razu wylatywały z pamięci i niezbyt dużo mówiły na temat tego, czego powinniśmy oczekiwać. Oczywiście niedomówienie fabularne może intrygować (choćby w przypadku “Zimnej wojny”, gdzie trailer sam w sobie był małym dziełem sztuki), ale zazwyczaj otrzymujemy pretensjonalne eksperymenty budzące tylko konsternację. Specjalną podkategorią stają się w tym wypadku trailery oszukujące widzów. Spore zamieszanie wywołało ostatnio Hereditary, które w swojej zapowiedzi sugerowało dość klasyczny horror oparty na wszelakich stukostrachach, a ostatecznie okazało się czymś zupełnie innym. Wielu widzów było oburzonych z tego powodu. Warto wspomnieć też przypadek trzeciego Iron Mana, którego trailery zapowiadały zupełnie różną fabułę od tej, którą ostatecznie dostaliśmy. Z jednej strony bardzo doceniam ten mały szwindel z drugiej jednak sprawił on, że wielu ludzi może przestać ufać takim zapowiedziom, co z kolei odbija się najczęściej na mniej popularnych produkcjach. Trochę innym przykładem jest ostatni Rampage z The Rockiem, który na trailerach wyglądał jak napakowana akcją megaprodukcja. Niestety okazało się, że upchnięte zostały tam prawie wszystkie interesujące sceny, a całość była raczej przynudnawa, bo pustka między kolejnymi atrakcjami wypełniona została mdłym gadaniem. Zresztą to w końcu klasyk – idziemy na komedię i okazuje się, że wszystkie dowcipy znamy właśnie z zajawki, bo na więcej nie starczyło pomysłu.

trailery

Jednak o wiele gorszym przypadkiem są wspominane trailery, które bezczelnie zdradzają fabułę całej produkcji. Jednym z koronnych przykładów jest polski Konwój. Oglądając zapowiedź byłem pewien, że pokazane tam sceny stanowią zawiązanie akcji. Trochę osłupiałem, kiedy okazało się, że dotyczyły one spraw dziejących się w samej kulminacji filmu. Tak więc od połowy wiedziałem już, że jakiekolwiek napięcie pojechało sobie na wakacje. Jednym z moich ulubionych przykładów jest także akcja promocyjna Batman v. Superman, w ramach której pokazano nam około 11 minut całego filmu wraz ze scenami z ukazanym Doomsdayem, co dla większości zainteresowanych wystarczyło, aby znać zakończenie fabuły. Lubię o tym wspominać, bo w końcu przed samym filmem pojawiał się Zack Snyder proszący o nieopowiadanie znajomym tego, co niedługo zobaczymy. To jest już pewien poziom bezczelności.

Trailery odrzucają swoją łopatologią

trailery

Mógłbym napisać jeszcze o trailerach zawierających sceny, których nie ma potem w filmie (ostatni Avengersi) i wielu innych kwiatkach, ale taka wyliczanka trwałaby pewnie w nieskończoność. Puenta jest dość oczywista – dla doświadczonych widzów trailery powoli stają się elementem, który bardziej psuje zabawę niż do niej zachęca. To kolejny element popkultury, który ulega coraz większej wulgaryzacji i skupia się na waleniu promocyjnym młotem w głowy widzów. Co z tego, że przy okazji doprowadzi do paru wstrząsów mózgu? w końcu podatni na ten cały tani marketing ludzie mają bardzo twarde baniaki.