“W lesie dziś nie zaśnie nikt” spotkało się z falą krytyki, która tylko w części wydaje się zasłużona. Wydaje mi się, że sporo złośliwych uwag wynika z niezbyt dobrego zrozumienia zasad, którymi rządzi się tego rodzaju kino gatunkowe.

W lesie dziś nie zaśnie nikt  przejdzie do historii rodzimego filmu. Kto wie, może nawet przyczyni się do rozwoju (prawie nieistniejącego) polskiego kina gatunkowego. Jednak stanie się to za sprawą czynników, których nikt nie był w stanie przewidzieć. Uprawiam tutaj oczywiście sporą “gdybylogię”, ale jestem prawie pewien, że w normalnych warunkach film Bartosza Kowalskiego nie byłby w stanie zdobyć takiej popularności. Całkiem sprytna kampania reklamowa, wsparcie niektórych krytyków i ogólna ciekawość wynikająca z pytania “czy w Polsce też potrafimy robić takie filmy” to nadal za mało, aby zwabić do kina tłumy widzów. Oczywiście mogę się mylić, ale jestem prawie pewny, że skończyłoby się na ogólnym “no spoko, całkiem fajno”, a po jakimś czasie pierwszy polski slasher trafiłby do przegródki “urocze polskie próby”. Wszystko zmieniło, spowodowane epidemią, odwołanie kinowej premiery (z idealna datą piątku trzynastego) połączone z niezwykle szybką, wręcz błyskotliwą decyzją przeniesienia jej prosto na Netflixa (który o wiele lepiej pasuje do tego rodzaju kina, ale o tym później). 

W lesie dziś nie zaśnie nikt Julia Wieniawa


W ten sposób nastąpiła kumulacja trzech czynników – opinia jednej z pierwszych filmowych ofiar pandemii, podziw dla błyskawicznej reakcji oraz “darmowy” dostęp. To sprawiło, że w gruncie rzeczy niszowy obraz wskoczył na pierwsze miejsce pod względem popularności na polskiej wersji streamingowego giganta. W ten sposób  rozpoznawalność W lesie dziś nie zaśnie nikt trafiła w rejony niedostępne dla przeciętnego polskiego filmu. Co z kolei sprawiło, że jego grupą docelową stali się także widzowie, którzy w normalnych warunkach nigdy by się nim nie zainteresowali, bo to zupełnie nie ich bajka. To akurat widać w dużej liczbie negatywnych komentarzy, często wyśmiewających choćby nagminne wykorzystywanie filmowych klisz. O ile sam jestem wobec tej produkcji dość krytyczny, to wydaje mi się, że duża część z tych zarzutów wynika z braku zrozumienia praw, którymi rządzi się tego typu kino gatunkowe. Akurat w tej kwestii twórcy bardzo dobrze odrobili swoją pracę domową.

W lesie dziś nie zaśnie nikt macdweldowski

Jestem daleki od nazywania W lesie dziś nie zaśnie nikt filmem dobrym albo chociaż w pełni udanym.` W dużej mierze jest to efekt sporego rozczarowania wynikającego ze zmarnowanego potencjału tkwiącego w kilku poruszonych wątkach, z rewelacyjnie zagraną przez Piotra Cyrwusa postacią niepokojącego księdza na czele. Gdzieś tak do połowy bardzo podobało mi się budowanie całej, przedstawionej półserio scenografii stereotypowego polskiego “nigdzie” połączone z samą świadomością nadchodzącej masakry. Do czasu śmierci pierwszej ofiary wszystko to było mocno wciągające. Niestety, w momencie pojawienia się sedna samego filmu, czyli masakrowania kolejnych członków ekipy, W lesie dziś nie zaśnie nikt wyraźnie zaczyna tracić na parze. Brakuje w tym wszystkim jakiekolwiek napięcia. I nie chodzi mi tutaj o strach, bo w slasherach jest on rzadko obecny, ale to poczucie panicznej walki o życie. Kolejni bohaterowie umierają bez zbędnych emocji, a główna bohaterka nie wydaje się wcale godną przeciwniczką dla swoich oprawców. Oni sami stanowią lekki zawód, bo ich geneza jest absurdalna, nawet jak na standardy tego typu historii. To też dobry przykład tego, że twórcy za mało skorzystali z lokalności swojej produkcji – pomyślcie o ile ciekawszym, zamiast zetknięcia z meteorytem, rozwiązaniem byłoby znalezienie przez bliźniaków jakiegoś porzuconego radzieckiego eksperymentu? Rok 1990, las pośrodku niczego, wszystko pasuje, a od razu zrobiłoby się jakoś tak bardziej swojsko. I takiego dziada z lasu mogłoby być więcej, i smutnego policjanta, ogólnie tych elementów, które zostały zaznaczone, ale zwiększenie ich obecności pozwoliłoby całości na nabranie charakteru. Bo tego pod koniec zdecydowanie mi brakowało, jakoś to wszystko się po prostu rozłazi. Dobra, trochę odpłynąłem w bucowate “ja bym to zrobił inaczej” to teraz czas na obronę filmu. Chciałbym pokrótce odpowiedzieć na trzy główne zarzuty kierowane w samo założenie tej produkcji.

W lesie dziś nie zaśnie nikt

“Przecież to jest kalka z innych filmów”

To właśnie jeden z głównych argumentów, które wynikają ze średniego zrozumienia, co jest właściwie istotą kina gatunkowego, szczególnie tych bardzo konkretnych podkategorii, jaką jest właśnie slasher. Trzymanie się pewnych ustalonych na drodze kinowej ewolucji zasad, operowanie wewnętrzną symboliką czy poświęcenie fabularnej racjonalności na rzecz logiki rządzącej konwencją – to elementy, które stanowią rdzeń tego nurty w kinematografii. Samodzielne rozszyfrowywanie, uczenie się tych obowiązkowych elementów, zaprzyjaźnianie się z danym podgatunkiem stanowi jeden z głównych czynników frajdy wynikającej z obcowania z takimi produkcjami. W przypadku slasherów są to między innymi mocne zasady dotyczące tego, jaka postać zostanie zamordowana. Kiedy widzimy, że ktoś uprawia wyuzdany seks, pije lub bierze narkotyki albo jest po prostu irytujący to możemy się z nim żegnać. Ale najbardziej szczególna jest w tym postać tak zwanej “final girl” – niewinnej seksualnie, stroniącej od używek, często dość męskiej (w klasycznym rozumieniu) nastolatki, która jako jedyna ma szansę wyjść z całego bałaganu żywa. Innym stałym elementem jest też “nieśmiertelność zła” otwierająca drogę do kolejnych sequeli lub ogólnie ignorowana postać (może to być na przykład miejscowy wariat lub alkoholik), która od samego początku nieskutecznie ostrzega przed złem. Zawierają się w tym także kwestie formalne, choćby perwersyjne skupienie na przesadnej przemocy, czy specyficzny rodzaj gry aktorskiej.

Widz oglądający kino gatunkowe pragnie tych znajomych sobie elementów, co wcale nie jest jednoznaczne z powtarzalnością. To już zależy od podejścia twórców – nie ma się co oszukiwać – klasyczne (z epoki tanich kin a potem wypożyczalni VHS) kino gatunków było domeną rzemieślników masowo produkujących niskobudżetowe tasiemce mające zapewnić szybki zarobek. Choć, jak w każdej dziedzinie sztuki, także tutaj znalazło się miejsce dla wizjonerów, którzy te zasady tworzyli lub wykorzystywali je do tworzenia pozycji dziś kultowych – chociażby Teksańska masakra piła mechaniczną, Haloween, Piątek trzynastego czy wybitnie samoświadomy Krzyk. Współczesne kino gatunkowe jest o wiele bardziej samoświadome, bawiące się tymi klasycznymi motywami, ale jednocześnie rozumiejące ich znaczenie. W przypadku slasherów wprowadza to dość paradoksalną sytuację, w której kino wywodzące się z campu, mające u swoich założeń szokowanie i przełamywanie tabu, okazuje się bardzo tradycjonalne, wręcz rygorystyczne w trzymaniu się pewnych ustalonych zasad (w końcu ich ewidentne przełamywanie to też rodzaj uszanowania konwencji). Biorąc pod uwagę te czynniki uważam, że atakowanie W lesie dziś nie zaśnie nikt
za przywiązanie do dość szczegółowych zasad jest krytyką wobec samych współczesnych slasherów jako takich.

w lesie nie dziś nie zaśnie nikt

“Czemu u nas nie można zrobić takiego filmu na poważnie?”

Tutaj odpowiedź jest raczej prosta – właściwie nigdzie się już nie da i mało kto próbuje takiego podejścia. Zacznijmy od tego, że slasher nigdy nie był szczególnie poważnym gatunkiem, przecież większość jego przedstawicieli powstało w celu zaspokojenia dość prostych instynktów. To także format, który już dawno temu przekroczył coś, co można nazwać “punktem krytycznym”, po którym trudno już traktować go w pełni poważnie. Pamiętajmy, że od premiery prześmiewczego Krzyku minęło już prawie ćwierć wieku. A przecież z dzisiejszej perspektywy dzieło Wesa Cravena wydaje się filmem wręcz zachowawczym w swoim puszczaniu oka do widza. W lesie dziś nie zaśnie nikt wpisuje się właśnie w taki, może nawet dominujący, nurt kina gatunkowego, w którym zarówno widzowie, jak i twórcy doskonale wiedzą, że ta zabawa już w samym swoim założeniu nie jest na serio. Wydaje mi się, że w tym konkretnym spora część krytyki wynika z trochę zbyt dużych oczekiwań wynikających z coraz większej popularności nowej fali kina grozy (choćby filmów Ariego Astera i Roberta Eggersa), którego przedstawiciele jednakowoż należą do innej podkategorii. Gdyby W lesie dziś nie zaśnie nikt zostałoby zrobione na poważnie, to dopiero wtedy mielibyśmy do czynienia z festiwalem srogiej żenady.

“Po co właściwie przenosić takie kino na polskie warunki?”

Jestem zwolennikiem poglądu, że każda próba urozmaicenia rodzimego kina jest godna uwagi. Jedną z irytujących cech polskiego widza jest narzekanie na to, że nasi filmowcy tworzą tylko “smutne filmy o patologii i szablonowe komedie romantyczne” połączone z wyśmiewaniem każdego, kto próbuje przenieść na nasz grunt właśnie filmy gatunkowe. A nasza kinematografia potrzebuje właśnie takiego urozmaicenia. Wiadomo, że nikt nie stworzy u nas blockbustera science-fiction albo oszałamiającego widowiska historycznego (mimo usilnych prób), więc pomysłów trzeba szukać gdzie indziej. Choćby właśnie w wymagającym mniejszego budżetu kinie gatunków. Owszem, tym razem nie wyszło za dobrze, ale nie możemy zakładać, że takie próby skazane są na porażkę. Przecież takie mocno osadzone w konwencji Córki dancingu zdobyły uznanie (nawet większe niż u nas) także poza granicami Polski. A patrząc z pragmatycznego punktu widzenia – takiego rodzaju kino nie potrzebuje sukcesu artystycznego, tylko zdobycia popularności. Jeśli okaże się, że z jakiegoś powodu widownia chce oglądać takie wymysły, to znajdą się inwestorzy chętni na wyłożenie pieniędzy na inne dziwne projekty. Może dziwny zbieg okoliczności sprawił, że nagła popularność W lesie dziś nie zaśnie nikt obnażyła zapotrzebowanie polskiego widza na taki rodzaj kina? A to z kolei może sprawić, że będzie takie produkcje będzie łatwiej u nas tworzyć i w końcu pojawią się wśród nich naprawdę wartościowe tytuły? Prawdopodobnie tak się nie stanie, ale kombinować i szukać trzeba dalej, bo w może się to udać.

W lesie dziś nie zaśnie nikt główne

W lesie dziś nie zaśnie nikt nie jest według mnie dobrym filmem, ale jednocześnie stanowi udaną próbę przeniesienia gatunkowych zasad slashera na nasze poletko. To dowód na to, że tworzenie takiego kina w Polsce ma sens – potrzeba tylko lepszego wykonania, które pewnie przyjdzie wraz z większym doświadczeniem naszych twórców w tej specyficznej materii. Jednak do tego czasu warto byłoby się skupić na rzeczywistych wadach, a nie wyśmiewać sprawnie zaimplementowane elementy, które świadczą nie o nieudolności filmowców, tylko właśnie bardzo dobrym zrozumieniu, czym tego rodzaju kino jest.