Uwielbiam umierać, zrobiłem to już miliony razy. Za każdym razem jednak zaciskam zęby i próbuję ponownie, bo w końcu nie wolno się poddawać. Oto moje pięć ulubionych platformówek indie, których przechodzenie stanowi rozkosz dla wszystkich growych masochistów. 

Mająca niedawno miejsce premiera “Cupheada” ożywiła wśród graczy starą jak świat dyskusję – czy gry video powinny być takie trudne? Dla wielu z komentujących tytuły z wyśrubowanym poziomem trudności to “fetyszyzacja skilla” lub “wirtualne porównywanie fiutków”. Trochę mnie to dziwi, bo takie rozmowy miały sens w przełomie lat 80 i 90, kiedy rzeczywiście większość gier była cholernie ciężka. Teraz tak nie jest, wręcz przeciwnie – na rynku mamy zalew pozycji, które właściwie przechodzą się same, nie wymagając od gracza zbytniego wysiłku. Dlatego też pojawiło się miejsce dla bardzo ciężkich i wymagających gier indie skierowanych do ludzi, którzy lubią powalczyć z wirtualnym wyzwaniem. Przyznam się wstydliwie, że od kiedy pamiętam zaliczałem się właśnie do tej grupy. To trochę masochistyczne, bo nie oszukujmy się – granie w trudne pozycje to najczęściej godziny bluzgów, nerwów i krzyków przeplatane chwilami satysfakcji – kto normalny miałby to lubić? A jednak ta radość z pokonania wyzwania jest tak duża, że rekompensuje cały trud. Poza tym gry są dla mnie jedyną rozrywką, przy której potrafię skupić pełnię uwagi, a wysoki poziom trudności świetnie w tym pomaga. Nie ukrywam więc, że współczesny nurt cholernie trudnych indyków cieszy mojego growego masochistę. Dlatego postanowiłem podzielić się pięcioma ulubionymi pozycjami stworzonymi po to, aby wystawić cierpliwość każdego gracza na próbę.

Znalezione obrazy dla zapytania super meat boy

Super Meat Boy – jeden ze sprawców całego zamieszania, w dużej mierze odpowiedzialny za powrót ciężkich platformówek na salony. Ucieleśnienie tytułu mającego zmusić gracza do płaczu przy jednoczesnym zaciśnięciu zębów i ciągłym podejmowaniu kolejnej próby. Zasady są proste – nasz mięsny bohater potrafi się rozbiegać, skakać i odbijać od ścian, to wszystko. A przed sobą ma dziesiątki wypełnionych niebezpieczeństwami etapów. Pomijając pierwsze, treningowe wyzwania, to każdy z nich stanowi zapowiedź dziesiątek, jeśli nie setek powtórek. Te są tak częste, że ostatecznie ma się wrażenie używania pamięci mięśniowej przy kolejnych podejściach. Jednocześnie etapy są tak świetnie zaprojektowane, że mimo narastającej frustracji, chcemy odkryć, co będzie dalej. Jedynym elementem, którego w tej grze nie lubię są walki z bossami – często zbyt losowe i nie do końca uczciwe.

Znalezione obrazy dla zapytania hyper light drifter

Hyper Light Drifter – jejku, jak ta gra bardzo trafia w moje gusta. Od wczesnego dzieciństwa (dzięki Zeldzie na Snesa<3) uwielbiam tytułu, w których biega się typkiem z mieczem po podziemiach. Od razu urzekła mnie grafika, bo tutaj pixel art ma w sobie własny duch i jest piękny, a nie służy tylko jako pożywka dla sentymentów. Super technologiczno-mistyczny klimat budowany przez niemą narracje pozbawioną tekstu, dobrze podkreślony przez muzykę. Poziom trudności jest cholernie wyśrubowany, ale w taki sposób, który każe wziąć się w garść i próbować raz za razem. Wali są bardzo ciężkie, ale dużą zaletą jest fakt, że po każdej śmierci ląduje w miejscu znajdującym się tuż przed nią, więc nie tracimy czasu na żmudne powroty. Jedyne co mnie w tej grze irytowało to konieczność “lizania ścian”. Za łatwo przeoczyć jakieś przejście, co kończy się na frustrującym krążeniu po lokacji i próbie posunięcia rozgrywki do przodu.

Znalezione obrazy dla zapytania ori and the blind forest

Ori and the Blind Forest – kocham tę grę za to, jaka jest piękna i przepłeniona mistyczną atmosferą. Historia o małym duszku, który musi przywrócić światło do skąpanej w ciemności krainie angażuje emocjonalnie już od wyjątkowo smutnego prologu, a potem jest tylko lepiej. Wygląda bardzo niewinnie, ale potrafi mocno dać w kość –  właściwie tylko na początku nie jest ciężko. Rozgrywka jest niezwykle płynna i zupełnie się nie nudzi, bo Ori co chwilę otrzymuje nowe umiejętności, które otwierają przed graczem kolejne możliwości oraz trochę zmieniają jej charakter. Cudowna przygoda dla fanów staroszkolnych platformówek, ale oferująco oryginalne doznania estetyczne zamiast wyekslopatowanego do porzygu pixelartu. Z wypiekami czekam na kontynuację.

Podobny obraz

Hollow Knight –  moja ostatnia growa heroina, nie jestem w stanie się od niej oderwać. Zostałem kupiony właściwie od razu, bo warstwa graficzna i dźwiękowa tworzą przepiękny i unikalny klimat. Odkrywanie podziemnego świata małym żuczkiem (he he) może irytować przez pierwszą godzinę zanim zaczniemy rozumieć łapać reguły rządzące rozgrywką, ale potem nie ma zmiłuj. Eksploracja opiera się na zasadach zapoczątkowanych przez Metroida – na początku nie mamy dostępu do wielu miejsc, bo musimy zdobyć odpowiednie umiejętności, a tych jest naprawdę sporo. Trudno tu o znużenie, bo co chwilę uzyskujemy jakąś nową moc lub spotykamy kolejną innowację, które bardzo mocno zmieniają rozbudowują samą rozgrywkę. Jestem zakochany i szczerze polecam wszystkim, którzy nie boją się growych wyzwań. Jedyne, co mnie naprawdę irytuje to fakt, że rzadkie rozmieszczenie ławek służących za savepointy sprawia, że można stracić sporo czasu na nudne powtarzanie tych samych fragmentów.

Znalezione obrazy dla zapytania cuphead
Cuphead – u niektórych gra wzbudziła zachwyt, inni natomiast uważają, że po obdarciu jej z klimatycznej otoczki i wysokiego poziomu trudności nie zostałoby za dużo ciekawego. Niby racja, ale ta gra nie oszukuje, że opiera się na czymś innym. Tutaj właśnie chodzi o ten zwariowany klimat kreskówek z lat trzydziestych, wraz z ich wszystkimi niepokojącymi schizami. Ale nie jest też tak, że udziela się on tylko w warstwie graficznej i muzycznej, również rozgrywka bardzo sprytnie korzysta z wszystkich rozwiązań znanych ze starych animacji. Wszystkie transformacje bossów i ich dziwne ataki budzą odpowiednie skojarzenia, ta gra od tego aż pulsuje. Owszem, tak naprawdę to dość prostacka strzelanko-skakanka, ale posiadająca na tyle oryginalnego uroku, że nie zwraca się na to aż tyle uwagi. Co do samej trudności – łatwo nie jest, ale to jeszcze nie ten pozoim każący stwierdzić “chyba sobie robicie jaja”. Piszę o tym nie po to, aby się chwalić skillem (no może trochę, he he), ale po to by zachęcić tych, którzy przestraszyli się opinii na ten temat. Ja się przy niej bardzo dobrze relaksuję.