Zimna wojna nie bierze jeńców. Jeśli ktoś jest podatny na magię kina, to najnowszy film Pawła Pawlikowskiego po prostu go zauroczy.

Zimna wojna to ten rodzaj kina, który nie zdarza się za często, może nawet tylko kilka razy w ciągu dekady. I nie mam na myśli tylko kontekstu naszej rodzimej kinematografii, bo to film na skalę światową. Paweł Pawlikowski udowadnia, że jest twórcą, który wciąż się rozwija i szuka nowej drogi dla reżyserowanych przez siebie opowieści. I o ile Ida mogła się wydać dla wielu zbyt rozwleczona i pretensjonalna (dawno temu rozmawialiśmy o niej tu), to w przypadku Zimnej wojny trudno mi uwierzyć, aby ktokolwiek podatny na magię kina nie zapałał do niej miłością. Bo właśnie dlatego wspominałem o wyjątkowości tej produkcji – to kino totalne, traktujące siebie z absolutną powagą, ale też z niesamowitą wręcz dawką specyficznej czułości.

Zimna wojna to historia o niedopowiedzeniu

Fabuła filmu nie należy do najbardziej skomplikowanych, można nawet stwierdzić, że to banał, który widzieliśmy już setki razy. Obserwujemy historię fatalnego uczucia dwójki ludzi zaplątanych w wir ciężkiej powojennej historii Polski. On jest pianistą i kompozytorem, który bierze udział w projekcie stworzenia zespołu ludowego Mazurek. Ona jest dużą młodszą, utalentowaną śpiewaczką ze wsi. Nie potrafią żyć bez siebie, ale ich rozpalone charaktery sprawiają, że stały związek też wydaje się niemożliwy. Wszystko to zostało rozpisane na kilkanaście lat, z których widzimy tylko wybrane fragmenty. Dzięki temu zyskujemy historię prostą, ale wypełnioną niedopowiedzeniami, które nadają jej pewnej głębi i aury tajemnicy. Choć nie ma się co oszukiwać, że sama fabuła służy tutaj jako coś więcej niż nośnik dla oszałamiającej sfery wizualno-dźwiękowej.

Zimna wojna i miłość

Zimna wojna to dzieło, które pod względem zdjęciowym jest wręcz oszałamiające. Piękne, wysublimowane biało-czarne (mocno oparte na kontraście) kadry i w pełni przemyślana praca kamery działają wręcz hipnotyzująco. To ponownie cecha, której nie spotyka się za często – film wręcz emanuje totalną kontrolą twórców, nie ma mowy o żadnym przypadku, ale jednocześnie nie czuć w nim żadnej sztuczności i wykalkulowania. Na pewno pomagają w tym wyjątkowo charyzmatyczni Tomasz Kot i Joanna Kulig wcielający się w główne role. Łatwo uwierzyć, że te wszystkie przepiękne obrazy wywodzą się z wewnętrznej potrzeby przekazania światu czegoś wspaniałego. Warto wspomnieć, że jako całość dzieło Pawlikowskiego jest na wskroś klasyczne, nie ma tu mowy o formalnych eksperymentach czy nietypowej pracy kamery. Ponownie czuć jego dialog z polską szkołą filmową.

Zimna wojna to piękne kadry

Jednak najbardziej w Zimnej wojnie oczarowuje ścieżka dźwiękowa. I chodzi tu nawet o przekrój i jej urozmaicenie, od starych ludowych pieśni po ekspresyjny wybuch lat sześćdziesiątych. Mnie najbardziej urzekł fakt, że muzyka służy tutaj jako kolejny element opowiadanej historii. Bez zdradzanie szczegółów chodzi o motyw “podpięty” pod główną bohaterkę filmu, który przechodząc ewolucję i zmieniając swoje aranżacje jednocześnie uwydatnia zmiany zachodzące w niej samej. Wszystko oczywiście idealnie wplecione w to, co widzimy na ekranie – od zapadłej polskiej wsi zaraz po wojnie po wspaniałości Paryża lat sześćdziesiątych. 

Zimna Wojna z całą pewnością nie jest filmem na jeden raz

Zimna wojna to jeden z tych filmów, które po seansie pozostawiają wrażenie, że musimy do nich wrócić. I to nawet nie ze względu na nasze osobiste odczucia, tu chodzi o wielowarstwowość dzieła Pawlikowskiego. Gdy przy pierwszym seansie skupiamy się głównie na opowiadanej historii, to naturalnie uciekają nam pewne szczegóły i motywy misternie wplecione w całość. Po zakończeniu nachodzi myśl, że warto poświęcić jeden seans skupiając się bardziej na zdjęciach, a inny na ścieżce dźwiękowej. Jestem przekonany, że to jeden z tych filmów, które mogą zyskiwać za każdym obejrzeniem, bo za pierwszym razem nie jesteśmy w stanie w pełni docenić całej ich misterności.