“Nietoperz i suszone cytryny” to najnowszy zbiór felietonów Marcina Mellera. Z okazji premiery autor opowiedział mi o swoim umiłowaniu do tej formy literackiej i o zmianach, jakie przeszły media w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat.

Przygotowując się do tego wywiadu miałem w głowie  jedną myśl: jakie pytanie zadaje się felietoniście, skoro on i tak pisze o sobie wszystko w swoich tekstach? Może dowiem się tego od Pana?

Muszę się przyznać, że czasami łapię się na tym, że nawet w rozmowie ze znajomymi mówię “tak jak pisałem ostatnio w felietonie”. To jest oczywiście przejaw strasznej kabotynki, ale oddaje istotę problemu, zacierają się granicę. Trochę nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, ale to dobrze.

No to może spróbuję pomóc: w jaki sposób sam Pan odpowiada sobie na pytanie “o czym tym razem napisać”?

Tutaj są dwie odpowiedzi. Jedna dotyczy świata idealnego, w którym mógłbym zajmować się tylko pisaniem felietonów. Wtedy wyglądałoby to tak, że czytałbym przynajmniej jedną książkę na dwa dni, pochłaniał niesamowite ilości gazet i przeglądał na bieżąco wszystkie portale internetowe, które mnie interesują, od kulturalnych po te dotyczące zmian w Afryce. Zresztą miałem taki moment w życiu, bezpośrednio po odejściu z “Playboya”. Było to w lipcu, a wtedy  “Drugie śniadanie mistrzów” nie pojawiało się latem. Miałem przed sobą trzy miesiące na wypowiedzeniu, więc było za co żyć, a jednocześnie nic nie musiałem robić. To było coś genialnego. Z żoną i dzieckiem wyjechaliśmy w trzymiesięczną trasę od Pomorza Zachodniego aż po Włochy. I wtedy miałem cały czas na czytanie, świat idealny.

A jak wygląda wariant rzeczywisty?

Felietony piszę już od ośmiu lat, co oznacza, że powstało już ich ponad czterysta sztuk. Ja do ich pisania podchodzę bardzo poważnie, bo dla mnie stanowią osobny gatunek literacki. To nie jest komentarz ani strumień świadomości, tylko coś rządzącego się swoimi zasadami. Zawsze staram się, aby był w nich jakiś pomysł i całość do czegoś zmierzała. Wykorzystałem już sceny ze swojego życia, życia znajomych i ich znajomych. Użyłem zapamiętane fragmenty z niesłychanych ilości filmów i książek. I czasami nie nadążam z nowymi pomysłami. Bo to też nie jest tak, że każda książka czy film przyniesie jakąś myśl przewodnią dla felietonu. Dobrym przykładem jest seans “Wołynia” Wojtka Smarzowskiego. Poszedłem do kina z myślą, że będzie gotowy temat na felieton. Film mi się bardzo podobał, ale wyszedłem z niego i nadal miałem pustkę w głowie. Myślałem, przeczytałem jeden, drugi tekst konkurencji i szlag mnie trafiał. A czasami jest tak, że wpadają prawie same. W zeszły piątek jechałem do domu i nie wiedziałem, o czym napisać, a termin miałem tego samego dnia. Słuchałem akurat muzyki z “Narodzin gwiazdy”, bo kilka dni wcześniej w końcu je nadrobiłem na streamingu. W momencie, kiedy Lady Gaga zaśpiewała “Alwalys Remember Us This Way”. I nagle olśnienie, kurde przecież ja tym żyję od kilku dni, słucham jej non stop, więc muszę napisać felieton o Lady Gadze. I tak to bywa, inspiracją może stać wszystko

Czy w związku z felietonami czuje się Pan szczęściarzem? W końcu to jedna z ostatnich form takiego klasycznego dziennikarstwa, które powoli odchodzi do lamusa.

To mnie Pan teraz zasmucił, choć trochę w tym racji jest. Jednak z drugiej strony, wydaje mi się, że nawet przy tych wszystkich zmianach dzisiejszych mediów, jakiś rodzaj tej formy będzie obecny. Felieton można równie dobrze przenieść do sieci, może w skróconej wersji. Wiem, że to będzie bardzo dziwny przykład, bo to człowiek zupełnie nie z mojej bajki, ale niektóre  facebokowe posty na profilu Romana Giertycha to są naprawdę dobre felietony. Krótsze niż moje, bo ja piszę znaków około 4400, a on pewnie z 2500. Ale jest w nich pomysł i przewrotność. A co do zanikania: czytałem kiedyś wywiad z naczelnym “New Yorkera”, czyli najważniejszego pisma na świecie. Zapytany o to, czy prasa umiera odpowiedział, że umierają nośniki, ale dobre treści zawsze będą wyświetlane. Nieważne czy na długopisie, czy w okularach. Myślę, że z felietonami będzie podobnie.

Wypytuję o to wszystko, bo parę lat temu czytałem, że na spotkaniu ze studentami dziennikarstwa powiedział Pan, że to zawód, który nie ma przyszłości.

To prawda, ale tu chodzi o dwie zupełnie inne rzeczy. Ja zazwyczaj na tych spotkaniach pojawiam się jako były reporter, w końcu wykonywałem ten zawód prawie piętnaście lat, z czego dziesięć pisałem o wojnach. Chodzi o to, że dzisiaj nadal jest sporo licealistów i studentów, którzy marzą o byciu reporterami w stylu Kapuścińskiego lub Wojciecha Jagielskiego. Chcieliby jeździć gdzieś na długo, pisać obszerne teksty i opowieści, które ludzie będą potem czytać. I w tym sensie mówiłem, że to się już trochę ne vrati. W mediach pod tym względem nastąpił pewien rozjazd. Z jednej strony mamy sieczkę telewizyjną i radiową, a z drugiej książki. Kiedy ja zaczynałem pracować, to właśnie prasowy reportaż był dominującym gatunkiem. Z tego właśnie wyrastali najwięksi dziennikarze, a teraz prawie tego nie ma. Są oczywiście niszowe pisma, jak “Pismo”, są miejsca w Internecie, które publikują dłuższe treści, ale to wyjątki. I właśnie to miałem do przekazania studentom: dzisiejszy dwudziestolatkowie nie będą mieli szansy na to, co miało moje pokolenie, które jeszcze załapało się na końcówkę tego świata.

Gdyby Pan musiał zaczynać karierę od nowa, to czego pozazdrościłby sobie samemu sprzed dwudziestu pięciu lat?

Wszystkiego. Znalazłem się wtedy w idealnym miejscu i czasie. Kiedy wchodził nowy ustrój miałem dwadzieścia trzy lata, mieszkałem w Warszawie i studiowałem na dobrej uczelni. Dla ludzi mojego pokroju (studenci z dużych miast), jeśli tylko mieli chęć, media stawały wtedy otworem. Ludzie wchodzili do nich po prostu z ulicy. Sam jestem tego przykładem. Późną zimą/wczesną wiosną 1989 roku na Uniwersytecie Warszawskim zawisły plakaciki ogłaszające, że tworzy się pierwsza opozycyjna gazeta w Bloku Wschodnim i każdy zainteresowany może przyjść na spotkanie na wydziale psychologii. To było jedno z pierwszych spotkań założycielskich przyszłej Gazety Wyborczej. Byli to ludzie z podziemnej prasy, wtedy tygodnika “Mazowsze”. Podeszła tam do mnie albo Helena Łuczywo albo Anna Bikont, już nie pamiętam, i powiedziała – słuchaj, w Poznaniu coś się dzieje, jedź tam i napisz tekst. Nie wiedziałem jak zareagować, bo wtedy nic nie potrafiłem, nie miałem żadnego dziennikarskiego warsztatu  i ostatecznie spękałem. Pojechałem co prawda do Poznania, przeprowadziłem wywiady, ale nie wiedziałem jak napisać tekst. Bałem się. Gdybym miał więcej pewności siebie, to pewnie bym ten tekst napisał i kto wie, może następne piętnaście lat spędziłbym na łamach Gazety Wyborczej. Widzę, że Pan się teraz śmieje.

Dlatego, że z dzisiejszej perspektywy szukania pracy w mediach, to brzmi absurdalnie. A czy przeżył Pan coś podobnego, kiedy zaczynał pracę w TVN? Bo to też był moment, kiedy stacje ciągle się kształtowała.

Pamiętam jak powstawał TVN 24 i to, ilu moich znajomych tam szło. Oczywiście to nie była taka łapanka, jak w przypadku Gazety Wyborczej, ale też zbierano tam bardzo młodych ludzi z gazet i radia. A w moim przypadku, przy powstawaniu TVN-u, to było tak, że mnie wtedy wyhaczył prezes Walter. Zobaczył mnie w jakimś programie TVP, w którym opowiadałem o swoich podróżach do Afryki jako korespondent wojenny “Polityki”.  Stwierdził, że mam potencjał telewizyjny, zadzwonił do mnie i zaprosił na rozmowę. Po tym wysłał mnie na próbę kamerową i powiedział, że zadzwonią. Po tym wszystkim nastąpiła długa cisza z ich strony. Nie byłem zachwycony, bo zrozumiałem, że się nie nadaje. Tymczasem, trzy lata później, ni stąd ni zowąd dostaje telefon z propozycją prowadzenia programu. Dlatego, jak ktoś mnie zaprasza na rozmowę, to zawsze grzecznie idę, bo nigdy nie wiadomo, kiedy coś wróci.

Chciałbym teraz zapytać o “Playboya”. Czasy, kiedy był Pan jego redaktorem naczelnym jawią się jako ostatni moment, w którym czasopisma w Polsce kojarzyły się z prestiżem, blaskiem i dużymi możliwościami.

Nie pracuję tam od wielu lat, więc mogę teraz opowiedzieć o skali tych zmian. Pracowałem w “Playboyu” w latach 2003-2012. Do czasu kryzysu, który uderzył w polską prasę wiosną 2009 roku, było po prostu super. Pismo się świetnie sprzedawało, na wszystko były pieniądze. Na samym początku, poza pensjami pracowników, miałem na zrobienie jednego numeru sto dwadzieścia tysięcy złotych. Kiedy odchodziłem, to było już sześćdziesiąt siedem tysięcy złotych, a pamiętajmy o inflacji i tak dalej. Mój następca, w  momencie odejścia rok temu, miał do dyspozycji około dwudziestu tysięcy. A teraz to w ogóle połączyli wszystkie redakcje w jedno i to jest składanie do grobu. Cieszę się, że przeżyłem tę przygodę, czyli robienie “Playboya”, w czasach jego rozwoju. I nie chodzi tutaj o to z czego większość chłopaków się śmieje, tylko o to, że mogliśmy zarabiać dobre pieniądze na robieniu porządnego, ciekawego magazynu. To już nie wróci, kolejna zamknięta epoka.

A jakich możliwości zazdrości Pan ludziom, którzy dopiero startują i na przykład lepiej odnajdują się w Internecie?

Na pewno tego, że nie potrzebują znajomości, układów i słuchania czyichś decyzji. Ja zawsze, mimo że pracowałem w bardzo fajnych miejscach, byłem uzależniony na przykład od tego, czy ktoś mi podpisze delegacje. Dzisiaj można się od tego uwolnić, choćby przez zbiórki internetowe, albo zarabianie dzięki własnym miejscom w sieci. Pamiętam, jak w latach dziewięćdziesiątych jeździłem po tej Afryce i miałem problem z pieniędzmi, honoraria z “Polityki”były mizerne. Dwa razy moje teksty zostały przedrukowane w holenderskim magazynie opinii “Vrij Nederland”i dzięki tym, monstrualnym wtedy dla mnie, pieniądzom mogłem podróżować jeszcze parę miesięcy. Dzisiaj dzięki kombinacji mniejszych współpracy z różnymi mediami można sobie wymyślić wszystko. Mój młodszy brat, też dziennikarz, wraz z żoną podróżuje teraz pod hasłem “kamperem do Kabulu”, obecnie są w Iranie. W czasie tego nagrywają podcasty, nadają do jakiejś lokalnej rozgłośni, potem chcą zrobić z tego książkę i wszystko to im się jakoś finansowa spina. Z najnowszych wydarzeń warto wspomnieć casus filmu braci Sekielskich, którzy pokazali, że można wstrząsnąć opinią publiczną działając poza medialnym systemem. Takich możliwości zazdroszczę. Tak jak zazdroszczę dzisiejszym studentom klimatów w stylu Erasmusa, tych wszystkich wymian międzynarodowych, których po prostu kiedyś nie było.

Wydaje mi się, że dla mojego pokolenia podróżowanie, zwłaszcza po Europie, jest czymś łatwiejszym i bardziej oczywistym.

Z jednej strony tak, ale też jest coś za coś. Pamiętam jak w latach dziewięćdziesiątych w mieście Bahir Dar na północy Etiopii czekałem na poczcie dosłownie dwa dni na połączenie telefoniczne, bo po miesiącu bez kontaktu chciałem dać rodzicom znać, że wciąż żyję. Parę lat później siedziałem w tym samym miejscu w kafejce internetowej i czatowałem ze swoimi znajomymi, którzy siedzieli wtedy w Boliwii. A dzisiaj nie szukałbym pewnie takiego miejsca, tylko korzystał z sieci w telefonie. I teraz pytanie, co jest fajniejsze. Mnie się wydaje, że trochę ciekawsze były tamte klimaty. Mam to szczęście, że mogę sobie to porównać. Kiedy gdzieś jechałem za młodu, to zupełnie nie wiedziałem gdzie i co. Czytałem jakieś stare mapy i przewodniki, musiałem się pytać po drodze ludzi na przykład o to, czy granica jest obecnie otwarta. Cieszę się, że mam pamięć tego starego świata, bo pozwala to mieć świadomość, że to, co mamy dzisiaj, nie jest nam dane raz na zawsze. Ciągle się łapie, że patrzę na to wszystko i myślę sobie: naprawdę, my to mamy?

 

Autorem zdjęcia tytułowego i użytego w tekście jest Jakub Celej