Chyba czas zakończyć ten związek, czyli o mojej relacji z MCU.

 Chyba czas zakończyć ten związek, czyli o mojej relacji z MCU.

Drogie Marvel Cinematic Universe. Spędziliśmy ze sobą wspaniałą dekadę, ale ostatnimi czasy nasza relacja zmierza w dziwnym kierunku. Muszę odpocząć.

Trudno pogodzić się z myślą, że dziesięcioletni związek już nie przynosi satysfakcji i stanowi zaledwie cień, czego czym był w przeszłości. Przeszkód jest dużo: Strach przed poczuciem zmarnowanego czasu, ciągle tląca się nadzieja na rozbudzenie dawnych emocji oraz niechęć dawania satysfakcji tym, którzy od dawna mówili nam, abyśmy w końcu przejrzeli na oczy. Smutek i rozczarowanie, bo w końcu to piękno i ekscytacja miały trwać na zawsze. Jednak przychodzi moment prawdy, w którym trzeba spojrzeć w tył i zastanowić się: kiedy tak naprawdę po raz ostatni było dobrze? Wtedy można zauważyć, że to nie tylko wina tej drugiej strony – też mamy swoje grzeszki związane z brakiem pielęgnacji, coraz częstszym odpuszczaniem i ogólną rezygnacją. Rutyna i poleganie na przyzwyczajeniu zastąpiły dawną pasję i pożądanie. Dlatego, drogie MCU, chyba czas zostać przyjaciółmi. 

Powyższa miłosna przenośna jest oczywiście przesadzona, ale tylko delikatnie, bo jeszcze nie tak dawno należałem do zagorzałych ultrasów Marvel Cinematic Universe, który bronił go pomimo świadomości istnienia jego wielu poważnych wad. Była to zresztą miłość odpalona z opóźnionym zapłonem, bo prawdziwy bakcyl zaczął się dopiero przy premierze pierwszych Avengers. Owszem, Iron Man dał mi sporo radochy, ale pierwszego Thora i Kapitana Ameryki”nie obejrzałem do dzisiaj. Pierwsze kinowe spotkanie Mścicieli było spełnieniem nerdowskich marzeń i wszystkim, czego wówczas potrzebowałem od kina rozrywkowego. Uwielbiałem ten film całym sercem, ale prawdopodobnie już nigdy do niego nie wrócę, bo mam świadomość, że mógł niezbyt ładnie się zestarzeć. Wolę zatrzymać dobre wspomnienia — choćby to związane ze sceną po napisach. Ten moment fanowskiego niedowierzania (“Czy to będzie on? Czy idą tak szeroko?”) oraz wybuch kompletnej podjarki, kiedy po raz pierwszy pokazano Thanosa. Ah, jakie to było piękne i mocne uczucie. 

Okres po Avengersach wspominam jako powolne odkrywanie słodkich tajemnic. W tamtym czasie kreatorzy MCU potrafili uwodzić, budować napięcie i zaskakiwać. Wtedy nie wiedzieliśmy, jak daleko posuną się we wprowadzaniu kolejnych postaci. Dlatego każda wskazówka (np. wspomnienie Doktora Strange’a w Zimowym Żołnierzu) była tak przyjemna i zachęcała do snucia swoich teorii. Dlatego pojawienie się osobnego filmu o niszowych wtedy Strażnikach Galaktyki było czymś naprawdę niespodziewanym. Chodziło jednak też o coś innego – pomimo dążenia do wykreowania wspólnego uniwersum oraz powolnego nakreślania sieci wzajemnych połączeń, te filmy działały sprawnie jakie zamknięta całość. Każdy z nich mógł być obejrzany przez zupełnego laika, który nie musiałby znać szerszego kontekstu. Z kolei wierni fani mogli czerpać dodatkowe korzyści. Oczywiście, już wtedy można było zauważyć, że wytworzyła się pewna formuła, która nie pozwala twórcom na zbyt dużą inwencję (do dzisiaj jestem ciekaw, jakby wyglądał Ant-Man gdyby do końca tworzył go Edgar Wright), ale nie przeszkadzało mi to zbytnio w świetniej zabawie. 

Pierwsze porządne zwątpienie nastąpiła wraz z premierą Avengers: Czas Ultrona, który mógł zostać uznany za pierwszy sygnał tego, że sama wizja multiwersum może przysłonić pojedyncze filmy. Ale z drugiej strony to była zbiorówka i wiele można było wybaczyć. Większe objawy pojawiły się wraz z Kapitanem Ameryką: Wojną bohaterów, wtedy po raz pierwszy poczułem przesyt spowodowany natłokiem wątków i postaci. Jednak szedłem w to dalej i znowu dałem się uwieść. Bo takie lekkie mieszanie pojedynczych bohaterów do wątków innych nawet mi się spodobało — Iron Man pasował do Spider-Man: Homecoming, a Hulk stanowił dobry humorystyczny dodatek w Thor: Ragnarok. Naiwnie wierzyłem, że uda im się w tym wszystkim zachować równowagę.

Przyspieszmy trochę czas i przejdźmy do ostatniego filmu MCU, do którego naprawdę czuję sentyment, czyli Avengers: Wojny bez granic. Może wydawać się to dziwne w kontekście poprzedniego narzekania na powolny przesyt, ale tutaj sprawa ma się inaczej – zwieńczenie sagi Kryształów Nieskończoności było prawdziwym filmowym crossoverem, czuć było że wszystko co oglądaliśmy wcześniej zmierzało właśnie do tego momentu. Nerdowska radocha znowu wybijała poza skalę. Na pewno duża w tym zasługa wątku samego Thanosa, który pokazał, że w tym uniwersum jest miejsce na ciekawego antagonistę, którego istnienie nie sprowadza się tylho do bycia tokenowym złolem istniejącym dlatego, że bohaterowie muszą się z kimś na końcu bić. W kwietniu 2018 roku miałem poczucie, że ta długoletnia relacja zaowocowała w satysfakcjonujący sposób. Nie wiedziałem, że od tego momentu będzie już tylko z górki. 

O ile przy Wojnie bez granic byłem zachwycony, to Endgame na swój sposób mnie zawiodło. Oczywiście, epickość całości, zakończenia niektórych wątków nadal dały mi sporo przyjemności, ale zacząłem już zauważać kilka niepokojących objawów. Pierwszym było swoista kanibalizacja materiału i tworzenie autonostalgi. Bo ile wcześniej MCU bazowało na przywiązaniu widzów do Marvela jako takiego, to tym razem składało hołd samemu sobie. Oczywiście ponad dwadzieścia filmów to już wystarczająco duży materiał, aby to zrobić, ale coś mi w tym zaczęło przeszkadzać. Jednak bardziej irytujące okazało się perfidne prowadzenie fabuły tak, aby otworzyć bramki do jak największej liczby seriali (choćby ucieczka Lokiego).

Endgame zakończyło bardzo długi, trwający dziesięć lat etap w historii MCU. Stanowiło zwieńczenie, ale też zapowiedź nowego otwarcia, co kazało zadać sobie dość konkretne pytanie: w jaką stronę to wszystko ma teraz zmierzać? Nikt wtedy się nie spodziewał, że po Spiderman: Dalego od domu na następny film z serii poczekamy prawie dwa lat. Powodem był oczywiście Covid, który sprawił, że Czarna Wdowa pierwotnie planowana na maj 2020 weszła do kin (po trzykrotnym przeniesieniu) dopiero w maju 2021 roku. Wydaje mi się, że tak duża przerwa była jednym z elementów, które wyrwały mnie spod marvelowskiego czaru. Znowu rację mieli ci mówiący to już od dawna — filmy MCU oglądałem już często z rozpędu, przyzwyczajenia i konieczności znajomości wszystkich części składowych. Choć i tutaj dużą rolę odgrywała równowaga, bo te dwa-trzy filmy rocznie to było akurat na tyle, aby utrzymać tę regularność, a jednocześnie aż tak nie boczyć się na powtarzalność. Jednak ta dwuletnie przerwa wyraźnie dała mi coś do zrozumienia – w ogóle nie tęskniłem za kolejnymi odcinkami superbohaterskiego serialu. Znaczy się, tęskniłem w tym czasie za kinem w ogóle i to bardzo, ale akurat brak MCU jakoś mnie nie bolał. Do tego dochodziła kwestia zapowiedzi kolejnych planów, zwłaszcza związanych z serialami.

Do you think that the MCU should end their cinematic universe and move to  focus on their TV shows on Disney+, and why? - Quora

15 stycznia 2020 roku rozpoczęła się nowa era w MCU, a to za sprawą premiery WandaVision, czyli pierwszego serialu telewizyjnego kontynuującego wątki z filmów. Oczywiście, jak każdy posiadający krewnego w Holandii (sporo tych powiązań) mogącego załatwić legalny dostęp do Disney+. ja także zacząłem go śledzić. I przyznam, znowu dałem się podejść – uwierzyłem, że krótkie seriale o drugoplanowych postaciach pozwolą twórcom na popuszczenie wodzów fantazji. No i rzeczywiście, WandaVision początkowo zdawała się być czymś ździebka innym – formalna zabawa związana z stylizowaniem odcinków na najważniejszych przedstawicieli kolejnych dekad amerykańskich sitcomów, wisząca nad wszystkim tajemnica i ogólna “dziwność” fabuły początkowo intrygowały. Szkoda tylko, że w finale wszystko znowu sprowadziło się do strzelania laserami, łupaniny i pojedynku ze złolem o możliwościach bliźniaczo zbliżonych do głównego bohatera. Było fajnie, ale nie aż na tyle, aby od razu rzucać się na pozostałe seriale. A te pojawiły się przecież prawie od razu — Falcon i Winter Soldier (na razie zupełni olałem), w maju Loki (obejrzałem trzy odcinki i wciąż nie wróciłem), w sierpniu What if i Hawkeye (nie ruszyłem mimo Adamczyka i miłości do komiksowego oryginału) w listopadzie. A do tego MCU w lipcu końcu wróciło do kin i rozgościło się tam intensywniej niż kiedykolwiek wcześniej – w przeciągu pięciu miesięcy pojawiły się cztery nowe filmy. Zupełnie nijaka Czarna Wdowa, przyjemny ale odgrzewający kotleta Shang-Chi, próbujący trochę innej formuły ale dla mnie nudnawi Eternals oraz stanowiący czysty fan-service Spider-Man: Bez drogi do domu. 5 sezonów seriali i cztery filmu kinowe w jeden rok, no trochę tego sporo, a to przecież dopiero rozbieżka.

To natężenie zaczyna być dla mnie problematyczne z kilku powodów, ale najważniejszym jest chyba niechęć do żerowania na fanowskim FOMO — kiedyś śledzenie MCU na bieżąco wymagało wizyty w kinie dwa do trzech razy do roku, tyle wystarczyło, aby wszystko ogarniać. Jednak w momencie, w którym do gry wchodzą seriale, sprawa zaczyna się skomplikować. Najlepszym przykładem jest obecność Scarlet Witch w nadchodzącym Doctor Strange i multiwersum obłędu, który będzie rozgrywać się po wydarzeniach z WandaVision. Czyli do pełnego zrozumienia filmu potrzebne będzie już dodatkowo obejrzenie dziewięciu odcinków serialu. No dobra, jest to jeszcze do przeżycia, ale od razu pojawia się pewne zwątpienie w sprawie reszty seriali. Bo co jeśli niedługo pojawi się film, w którym istotne będą wątki z Falcona i Zimowego Żołnierza? A skoro MCU skręca w stronę Multiwersum, to pewnie Loki okaże się w tym wszystkim istotny? To prowadzi do nastawienia, w którym zaangażowany fan nie będzie oglądał tego wszystkiego tylko z czystej chęci, ale będzie na swój sposób zmuszony. W ten sposób filmowe uniwersum Marvela zaczyna dochodzić do podobnej zarazy, która od lat toczy rynek komiksowy — właściwie nie da się śledzić tylko jednej serii, bo ilość zbiorczych eventów, nawiązań i crossoverów jest tak duża, że bez znajomości szerszego kontekstu trudno się w tym wszystkim połapać. W ten sposób MCU bierze swoich fanów jako zakładników, zmuszając ich do poświęcenia coraz większej ilości czasu, co oczywiście marketingowo jest genialne, bo odbierają ten najcenniejszy ze zasobów swojej konkurencji.

Męczy mnie już też to, że wszystko już jest zapowiedzią “czegoś więcej”. Doskonale widać to po zakończeniach Shang-Chi i Eternals, ale też po samym trailerze wspomnianego drugiego Doctora Strange’a. Zapowiedź pełnego wejścia w multiwersum, podnieta tym, że można się w nim doszukać zapowiedzi X-Men w wersji MCU wskazują na jeszcze większy rozrost już chyba dla samego rozrostu. Od premiery Endgame miną za chwilę trzy lata, a my nadal zbytnio nie wiemy, do czego właściwie ma zmierzać ta kolejna faza. Zaraz pewnie pojawią się jeszcze większa eksploatacja wątków podróży w czasie, retconów, alternatywnych rzeczywistości, czyli kolejnych elementów przez które komiksowe superbohaterstwo jest już tak nieznośne. Jednak to, co na papierze jest jeszcze do ogarnięcia, w filmowo-serialowej wersji stanie się już zbyt przytłaczające. Mi się już po prostu nie chce.

Prawdopodobnie nikt z zagorzałych przeciwników MCU tego nie przeczyta (bo i po co mieliby to robić), ale muszę przyznać, że w wielu aspektach zaczynam się z Wami zgadzać. Wiem, że większość uwag (powtarzalność, problemy z trzecim aktem, film-produkt zaprojektowany pod masowe gusta) powtarzaliście od samego początku, ale ja nadal będę bronił wspomnień o czasach, kiedy oddawałem się temu zaślepieniu z wielką przyjemnością. Jednak już na pewno nie będę bronił tego, co się dzieje obecnie. Nie ma się co oszukiwać — pewnie nadal będę chodził do kina i oglądał kolejne filmy, nawyk jest zbyt silny, ale nie sądzę, aby dawne oczarowanie kiedykolwiek wróciło.

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć ich powstawanie za sprawą postawienia symbolicznej (5 zł) kawy to kliknij poniżej?

This image has an empty alt attribute; its file name is d0rgNlJQ.png

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien