Cobra Kai, czyli czarny pas w nostalgii

 Cobra Kai, czyli czarny pas w nostalgii

Cobra Kai to doskonały przykład na to, że posiłkowanie się nostalgią nie musi opierać się tylko na mało subtelnym przerzucaniu cytatami. Co więcej, odpowiednio użyte może przenieść znaną historią na zupełnie nowy poziom.

Wydawało mi się, że Cobra Kai to nie jest serial dla mnie. Nie mam w sobie żadnej nostalgii związanej z Karate Kid, przynajmniej takiej prawdziwej, a nie zaszczepionej mi przez lata popkulturowych odwołań i statusu jednego z najbardziej kultowych produkcji lat osiemdziesiątych. Choć to chyba za mało powiedziane – Karate Kid to są lata osiemdziesiąte, nieodłączny element ich esencji. Tak naprawdę nie jestem w stanie stwierdzić, czy kiedykolwiek obejrzałem ten film w całości, może zdarzyło się to w zasłoniętych mgłą latach wczesnego dzieciństwa. Równie dobrze mogę sobie jednak wmówić, że tak było, bo to jeden z tych obrazów, których nie trzeba oglądać, żeby całkiem dobrze kojarzyć jego najbardziej ikoniczne fragmenty – nietypowe techniki nauki Pana Miyagiego, ćwiczenie pozycji na palach przy brzegu morza, czy finałowy kopniak wymierzony w twarz pyszałkowatego blondyna (nie będę udawał, że kojarzyłem wcześniej jak się nazywał) – to wszystko wpajane było w moją głowę przez lata. Co więcej, myśląc o tych scenach mogę sobie spokojnie wyobrazić uczucia, które towarzyszyły mi przy ich oglądaniu. Daniel Larusso nigdy nie zainspirował mnie do namówienia rodziców na kupno stroju karateki i zapisania na zajęcia, po których zrezygnowałbym po dwóch tygodniach, a You Are the Best nie zostało moim motywacyjnym hymnem. Pomimo tego bez problemu mógłbym sobie wmówić, że tak właśnie było. Sztuczna nostalgia, nie mająca nic wspólnego z naszymi prawdziwymi doświadczeniami to zresztą naprawdę fascynujący mechanizm, który po trochu ujawnia się właśnie w przypadku Cobra Kai. 

Pojawienie się pierwszego sezonu serialowej kontynuacji losów Daniela Larusso i Johny’ego Lawrence’a nie wywołało we mnie jakiejkolwiek reakcji. Stwierdziłem, że to ewidentny nostalgia bait skierowany do pokolenia wychowanego w latach osiemdziesiątych. Ten pozornie niedorzeczny pomysł wpisywał się w trend rozpaczliwego wskrzeszania popkulturowych trupów, które powinny być zostawione w spokoju. Tak szczerze – kto w ciągu ostatnich dziesięciu lat (próbę rebootu z Jackiem Chanem i Jadenem Smithem pomińmy milczeniem) pomyślał “kurde, jestem naprawdę ciekaw, co kolesie z Karate Kid robią obecnie”? No dobra, wiem – twórcy How I Met Your Mother, którzy wprowadzając wątek Barneya uważającego, że to Johnny był pozytywnym bohaterem filmu i przyjaźniącego się z Williamem Zabką, w pewien sposób przewidzieli powstanie Cobra Kai. Jednak ten pomysł nie wydawał się niczym więcej niż materiałem na krótki skecz do SNL-a. Nie przekonywały mnie nawet pierwsze pozytywne recenzje i opinie “Ej, to jest zaskakująco niezłe”. Mój opór (dużo powiedziane jak na kompletny brak zainteresowania) zniknął dopiero na początku stycznia, kiedy przy okazji premiery trzeciego sezonu kilku znajomych zaczęło mnie przekonywać, żebym dał serialowi szansę. Odpaliłem i wsiąkłem od razu. 

William Zabka How I Met Your Mother

 

Po obejrzeniu trzech sezonów nadal do końca nie jestem w stanie zrozumieć, jak to możliwe, że ten serial działa tak dobrze. Trudno mi go nawet opisać tak, aby rzeczywiście oddać jego sedno. W końcu mowa o produkcji, w której na równi prawach spotykają się (wybaczcie angielskie określenia, ale pasują tu najlepiej) nostalgia bait movie, teenage drama, filmu “kopanego”, komedii oraz bardzo ejtisowej w duchu historii o szkolnych ofermach, które uczą się pewności siebie i sięgają po swoje. A to nadal tylko część konwencji wymieszanych w tym karatekowym kotle. Co więcej, nie jest to mieszanina, w której można wyznaczyć jakieś konkretne proporcje – trudno nie odnieść wrażenia, że sami twórcy nie do końca mieli na to plan i sięgali po elementy najlepiej pasujące w danym momencie. Może właśnie to kwestia tego radosnego chaosu, w którym czuć bijące serducho niezbyt przejmujące się chłodną kalkulacją. Wydaje mi się jednak, że warto jednak przyjrzeć się każdej z wielu twarzy Cobra Kai osobno.

Cobra Kai William Zabka

Zacznijmy może od podstawy, która stoi za sukcesem serialu: twórcy mieli na niego konkretny pomysł. W przeciwieństwie do wielu wciąż ciągniętych lub reaktywowanych serii, choćby Rambo: Ostatnia krew lub każdego filmu, w którym Bruce Willis dalej próbuje być twardzielem, Cobra Kai nie jawi się tylko jako desperacka próba utrzymania młodości i zasilenia konta przebrzmiałych aktorów. Tu mamy do czynienia z czymś podobnym do tego, co udało się w obu częściach Creeda (w jedynce bardziej) – wyciągnięcie pewnej esencji serii (rywalizacja i przyjaźń między Appollo i Rockym) i osadzenie jej w współczesności, tak aby mogła ona nadać bieg kolejnym wydarzeniom. W drugiej części doszedł do tego jeszcze inny zabieg, czyli ukazanie zła ostatecznego w postaci Ivana Drago jako postaci tragicznej. To działało, bo sentyment działał tam na równi z emocjami związanymi z walką kolejnego pokolenia, przez co historia miała na czym się oprzeć. Piszę tyle o Creedzie, bo w Cobra Kai znalazłem wiele podobnych mechanizmów. Jednak zostawmy już w spokoju boks, a skupmy się w końcu na karate. 

Dolph Lundgren Creed II

Pomysł, aby z Johnny’ego Lawrence’a jednego z najbardziej znienawidzonych bohaterów w historii popkultury i to z niej zrobić prawdziwą ofiarę znanych wydarzeń jest genialny w swojej prostocie. Do tego ma oparcie w wielu fanowskich teoriach, które sugerowały, że tak naprawdę Daniel Larusso jest “tym złym”. Zresztą nie tylko na rozważaniach się kończyło – w 2008 roku grupa  No More Kings wypuściła fabularyzowany teledysk Sweep the Leg, który ustawiał właśnie Johnnye’go jako tę bardziej tragiczną z postaci.  Potem był jeszcze wspominany już wątek w How I Met Your Mother. Natomiast zamienienie społecznych pozycji Daniela i Johnny’ego (biedny nieudacznik i bogaty król życia) zadziałało także z innego powodu – przecież my tak naprawdę nie lubimy kibicować zwycięzcą po tym jak już osiągnęli sukces, o wiele łatwiej się nam bratać z tymi, którzy dostali ostro po dupie. Niby nic odkrywczego, ale trzeba potrafić to odpowiednio pokazać. 

Postać Johnny’ego w Cobra Kai działa tak dobrze, bo nikt nie próbuje go wybielać. To nadal dupek, który prawdopodobnie ciężko zapracował się na niezbyt ciekawe miejsce, w którym się znajduje. Jednocześnie jego sytuacja jest na tyle żałosna, że trudno mu choć trochę nie współczuć. Choćby dlatego, że facet wciąż nie może otrząsnąć się po tym, co wydarzyło się trzydzieści pięć temu, kiedy wciąż był w liceum. Te mieszane emocje wobec niego wytwarzają się już na samym początku serialu i potem tylko się zwiększają. Owszem, Johnny wchodzi na drogę odkupienia, stara się zmienić swoje życie na lepsze, ale nie ma żadnej mowy o jakiejś magicznej, zupełnej metamorfozie. Starając się naprawić stare błędy, dalej pozostaje nieznośnym bucem mentalnie zatrzymanym w innej epoce – to zresztą jest tak pięknie przerysowane, że nie dziwią różne śmieszkowe teorie, według których spędził ten czas w śpiączce. To jego zanurzenie kompletne zagubienie w czasie doskonale zresztą obrazuje, jak sprytnie twórcy podeszli do tematu chorobliwego trzymania się nostalgii. 

Cobra Kai karate

Igranie z nostalgią za latami osiemdziesiątymi jest o tyle niebezpieczne, że chyba powoli wszyscy zaczynamy się nią przejadać. Pamiętajmy, że pierwszy sezon Stranger Things miał swoją premierę już pięć lat temu i otworzył wrota do mało subtelnego rzucania nią prosto w twarz. Twórcy Cobra Kai znaleźli sprytne rozwiązanie, dzięki któremu widz jednocześnie może czerpać radość z łechtania wspomnień (lub ich zaszczepionych przez popkulturę sztucznych odpowiedników), ale jednocześnie podchodzić do niej z ironią i dystansem. I to wszystko znowu dzięki postaci Johnny’ego. Ten podróżnik z planety lat osiemdziesiątych jednocześnie uosabia sobą to, co było wtedy uznawane za fajne, ale w tym samym czasie ma w sobie na tyle duże pokłady przypałowości, że możemy się z niego bezpiecznie śmiać, cicho tylko pochlipując za wyidealizowaną wizją przeszłości, w której bycie kozakiem wystarczyło do osiągnięcia sukcesu.

Cobra Kai Danie La Russo

Cobra Kai nie byłaby tak angażująca emocjonalnie gdyby zmieniała nasz sposób patrzenia tylko na postać Johnny’ego. Jeszcze lepiej chyba działa to, w jaki sposób początkowo prezentowany jest Danie Larusso. Jego życie zdaje się tak idealne, że od razu mamy ochotę mu przyłożyć, ale dopiero to, jak bombarduje próby reaktywacji Cobra Kai ustawia go w roli gnębiciela. Oczywiście potem to wszystko nabiera trochę większej głębi, ale jednak przez większość trwania serialu to właśnie dawny bohater jest to mniej sympatyczną postacią (pomijając już fakt, że Ralph Macchio jest o wiele gorszym aktorem niż William Zabka). Co ciekawe, Daniel też wydaje się postacią, która najlepiej działa jako więzień swoich wspomnień o wspaniałych czasach. Niby wszystko w jego życiu wydaje się układać idealnie, ale pod względem nostalgii nie różni się tak mocno od Johnny’ego.

Cobra Kai Miguel

Przejdźmy teraz do następnego pokolenia mistrzów karate,. Od razu zaznaczę, że akurat natężenie telenowelowatej teenage drama jest tym elementem serialu, który czasami zbyt mocno mnie przytłaczał, nawet w kategorii guilty pleasure. Albo inaczej – nie jestem w stanie znieść trójkąta Miguel – Robby – Sam, czasami aż mnie skręcało z zażenowania. Jednak o ile te “poważne” romantyczne rozterki są nieznośne (dlatego drugi sezon jest dla mnie trochę gorszy od pozostałych) to o wiele lepsze zdanie mam o obsadzie drugoplanowej (choć zniknięcie Aishy to duża strata dla serialu), bo te wszystkie transformacje, zdrady i ponowne sojusz są a) wciągające b) całkiem sprawnie poruszają temat problemu zbytniego zaufania autorytetom i późniejszych konsekwencji wpajania jednego punktu widzenia. W końcu prawie każdy z nastoletnich bohaterów jest w jakiś sposób zagubiony, nie radzący sobie w szkolnej społeczności. Nikt z nich nie jest “zły”, a raczej niefortunnie nakierowany na niezbyt odpowiedzialną drogę przez samego Johnny’ego (co oczywiście potem też jest odpowiednio rozwinięte, ale pomińmy już spoliery).

Cobra Kai Netflix

Nie znam się na sztukach walki, ale chyba nie trzeba być ekspertem, aby zorientować się, że karate pokazywane w Coba Kai nie ma za dużo wspólnego z tym, jak wygląda trening w prawdziwym życiu. Wszyscy uczniowie w ciągu kilku miesięcy zmieniają się z zupełnym żółtodziobów w niesamowitych mistrzów, których wyczyny zawstydziłyby pewnie niejednego posiadacza czarnego pasa. Co oczywiście sprawia, że same walki (choćby wielka bijatyka z końca drugiego sezonu) są niesamowicie przyjemne do oglądania, ale przez swoje przerysowanie są też pewnym znakiem czasu. W porównaniu do tych wszystkich cyrkowych akrobacji, to walki z Karate Kid wydają się wręcz pocieszne – pewnie w latach osiemdziesiątych robiły wrażenie, ale patrząc na rozwój zainteresowania sztukami walki (z wszystkimi bardziej agresywnymi odmianami) to takie podejście teraz by nie przeszło. Twórcy znowu całkiem sprytnie podchodzą do tego zagadnienia – w serialu właściwie nie pojawiają się wzmianki o innych metodach, łączonych stylach itp.– karate wciąż pozostaje najbardziej seksi pasją, jaką można sobie wyobrazić. Pewnie łatwo sobie wyobrazić, że nagle pojawia się ktoś, kto rozkłada wszystkich uczniów za sprawą jakiejś wojskowej techniki. Co miałoby sens, patrząc na to, że prawie wszystkie walki rozgrywają się “na ulicy” i liczy się w nich skuteczność, a nie sztuka dla samej sztuki. To trzymanie się czystego (wierzę serialowi na słowo) karate ma w sobie jaką dawkę romantyzmu.

Cobra Kai Hawk Tory

Na koniec jeszcze trochę o nostalgii, konkretnie o chyba jej najlepiej zaimplementowanej w serialu odsłonie. O prawdziwej sile Cobra Kai świadczy to, że pomimo wszystkich nowoczesnych usprawnień, forma serialu pozostaje ejtisowa  do bólu. To wciąż  charakterystyczna dla tamtej epoki opowieść o bandzie nieudaczników, która odkrywa swoją wewnętrzną siłę i w ten sposób sięga po prawdziwy sukces. Oczywiście, jest to schemat odgrywany w nieskończoność niezależnie od dekady, ale chyba tylko wtedy miało to tak niesamowicie motywacyjny klimat. Wystarczy pomyśleć sobie o największych zagrzewających, mocno kiczowatych ale jednak działających, do boju piosenkach , z Eye of the Tiger i You Are the Best na czele. Ten duch jest w serialu obecny wyjątkowo mocno, co oczywiście wywołuje pozytywne skojarzenia i sprawia, że całość jest tak przyjemna w odbiorze. To wszystko razem sprawia, że Cobra Kai jest wzorcowym przykładem na to jak umiejętnie obcować z potęgą nostalgii.  

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć ich powstawanie za sprawą postawienia symbolicznej (2$) kawy to kliknij poniżej🙂

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien