Filmowy Misz Masz #24

 Filmowy Misz Masz #24

Jak został gangsterem, Lęk pierwotny, The Old Guard oraz Quiz Show. Oto lista filmów, które tym razem trafiły do zbiorczego wydania filmowych postów publikowanych na profilu Kusi na Kulturę.

Jak zostałem gangsterem. Historia prawdziwa

Jak zostalem gangsterem Marcin Kowalczyk

Pamiętam uczucie zażenowania, które towarzyszyło podczas oglądania trailerów do tego filmu. Byłem pewien (nie tylko ja), że to kolejny przedstawiciel kinowej plagi zapoczątkowanej przez potworki Patryka Vegi. Jednak potem pojawiło się zdziwienie wynikające z całkiem pochlebnych recenzji, zarówno od niektórych krytyków, jak i widzów. Nie poczułem się na tyle przekonany, aby pójść na obraz Kawulskiego do kina, ale skoro pojawił się Netflixie to postanowił go sprawdzić. Po seansie nie jestem w stanie uczciwie napisać, że to dobry film. Ale jest na tyle niezwykły i frapujący, że i tak warto go obejrzeć. Choć jeśli liczycie na jakąkolwiek autorską samokontrolę, to jej zdecydowanie w nim nie znajdziecie. Mam wrażenie, że twórcy Jak zostałem gangsterem obejrzeli wszystkie gangsterskie filmy, jakie powstały w ciągu ostatnich trzydziestu lat, wybrali z nich swoje ulubione motywy i postanowili wrzucić je do jednego worka. Niezbyt przejmując się, czy w ogóle do siebie pasują. Widać tu bezpośrednie inspiracje chociażby Kasynem, filmami Tarantino, Guya Ritchiego, Pusherem Refna – ogólnie jeśli oglądaliście jakikolwiek kultowy obraz o gangsterach to na pewno coś wyłapiecie. Kawulski z ekipą co chwilę zmieniają konwencję, eksperymentują z narracją, bawią się ujęciami i ogólnie wyczyniają cuda. Podobnie sprawa ma się tu z soundtrackiem, który stanowi jakiś niepojęty misz masz, w którym znalazło się miejsce i na prlowskie szlagiery, jak i na Moby’ego. Trzeba przyznać, że pojedyncze sceny bywają tutaj nakręcone naprawdę pomysłowo i sprawnie. Gdy patrzeć na niektóre z nich w oderwaniu od reszty, to można stwierdzić, że członkowie ekipy znają się na swojej robocie. Oczywiście sporo z nich to bezczelne zrzynki, ale przyprawione lokalnym kolorytem potrafią się obronić.

Jak zostałem gangsterem Marcin Kowalczyk


Problem w tym, że zabrakło kogoś, kto byłby w stanie powiedzieć “dość!” i nadać temu radosnemu bałaganowi trochę więcej konkretnego charakteru. Bo to obraz wyjątkowo rozdwojony – mamy część filmu, w której twórcy ewidentnie bawią się konwencjami, puszczają oko do widzów i ogólnie nie traktują całej historii na poważnie. I ta sfera jest naprawdę fajna. Niestety, obecna jest też ta druga strona, w której Kawulski opowiada historię o wierności zasadom, honorze i ogólnie byciu prawdziwym mężczyzną. No i tutaj robi się już o wiele gorzej, czasami wręcz żenująco. Ta druga strona pod koniec zaczyna przeważać i niestety ostatnie pół godziny robi się już po prostu męczące. A finałowy zwrot akcji to już konkretne przeskoczenie rekina, nawet jak na tak efekciarską i z natury przegiętą historię.To jeden z tych filmów, które nie zasługują w pełni na sympatię, jaką się je darzy, ale trudno nie docenić ich kilku zalet. Kawulski ewidentnie musi się sporo nauczyć, ale czuć, że ma w sobie umiejętność opowiadania historii i pasję do kina, po prostu ktoś powinien go odpowiednio pokierować. Plusem są też niektórzy główni aktorzy, przede wszystkim jeszcze nieopatrzeni Marcin Kowalczyk i Tomasz Włosok, którzy wręcz kipią od potencjału. Niestety tego samego nie da się powiedzieć o damskiej obsadzie, bo obie Natalie, Szroeder i Siwiec, dają tu popis czystej drewnozy.

Lęk pierwotny

Lęk pierwotny Richard Geere i Edward Norton

Wyreżyserowana przez Gregory’ego Hoblita adaptacji książki Williama Dehla w historii kina zapisała się głównie jako film, w którym po raz pierwszy na ekranie pojawił Edward Norton, od razu zgarniając nominację do Oscara za najlepszą drugoplanową rolę męską. Oprócz tego obraz pozostaje wzorcowym przykładem sądowego thrillera w stylu charakterystycznym dla lat dziewięćdziesiątych. Martin Vail to znany ze swojego cynizmu prawnik, który z chlubą obnosi się z tym, że nie obchodzi go, czy jego klient jest winny zarzucanych mu czynów. Błyskotliwa kariera zapewnia mu sławę i pieniądze, a moralne rozterki zdają się nie mieć dla niego znaczenia. Wszystko zmienia się, kiedy postanawia bronić dziewiętnastoletniego ministranta oskarżonego o brutalne morderstwo powszechnie szanowanego arcybiskupa. Martin bierze sprawę licząc na medialny rozgłos, ale rozmowy z roztrzęsionym, niezdolnym do przemocy chłopakiem oraz odkrywanie kolejnych ciemnych sekretów ofiary sprawiają, że po raz pierwszy osobiste zaangażowanie zaczyna przeważać nad profesjonalizmem.

Lęk pierwotny Richard Geere i Edward Norton

Lęk pierwotny to film, który bardzo sprytnie rozgrywa charakterystyczne dla tego podgatunku tropy. Mamy tu postać pozornego cynika, który ostatecznie okazuje się najbardziej moralną postacią na sali sądowej. Jest postać potencjalnego oprawcy-ofiary, o którego winie nie jesteśmy przekonani do samego końca. Co chwilę pojawiają się zwroty fabularne, które każą spojrzeć na sprawę pod innym kątem, a wszystko to przeplatane błyskotliwymi prawniczymi mowami obnażającymi absurdy amerykańskiego systemu sądownictwa. Do tego dochodzi zakończenie każące spojrzeć na wszystko jeszcze raz. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to w tej produkcji znajdzie wszystko, czego potrzebuje od tego typu kina. Choć należy mieć na uwadze, że nie jest to film zbyt subtelny, twórcy walą prosto z mostu, a szkoda, bo to jedna z tych historii, które mogłyby zyskać na niedomówieniu.

Lęk pierwotny Edward Norton

Jak już zostało wspomniane, jest to film pamiętany głównie ze względu na debiut Edwarda Nortona, który wypada rewelacyjnie. Wyobrażam sobie, jakim zaskoczeniem musiało być wtedy oglądanie nieznanego młodziaka kradnącego swoim występem całe show. Już w tej roli widać charakterystyczne cechy jego aktorskiego repertuaru – zwłaszcza typowy dla aktorstwa metodycznego overacting utrzymywany umiejętnie na granicy, po której byłby nieznośny, ale w jego wykonaniu powalający ekspresją. Płynne przechodzenie między jąkającą się pierdołą do wybuchów gniewu, rewelacyjna mimika. Ogólnie pełen zestaw tego, co podbiło serca widzów. Norton jest tu na świeczniku, ale bardzo dobrze wypada tu także grający główną rolę Richard Gere, dający jeden z lepszych występów w swojej karierze. Bardzo sprawnie wykorzystuje charakterystyczny dla siebie urok bezczelnego bawidamka przekierowując go tak, aby pasował do postaci złotoustego prawnika.

The Old Guard

The Old Guard Charlize Theron

Wyprodukowana dla Netflixa adaptacja komiksowej serii pisanej przez Grega Rucke (jest też autorem scenariusza filmu) to chyba najwięcej na co możemy liczyć w kwestii typowych letnich blockbusterów, które zazwyczaj umilają nam wakacyjny sezon ogórkowy w kinie. Zresztą to określenie pasuje nie tylko do pory roku, ale także emocji, które omawiany tytuł wywołuje. Ot , taki utrzymany w fantastycznej konwencji akcyjniak “straight to VOD” , który ogląda się może i całkiem przyjemnie, ale nie oferujący sobą czegokolwiek naprawdę wartego zaufania. Fabuła filmu kręci się wokół czteroosobowej grupy nieśmiertelnych wojowników, która od setek (a niektórzy nawet dłużej) lat walczy w słusznej sprawie mającej na celu kierowanie losów świata w odpowiednim kierunku, jednocześnie próbując ukryć swój sekret przed resztą ludzkości. Poznajemy ich w przełomowym momencie – pierwszy raz od dwustu udaje im się namierzyć nową nieśmiertelną, a do tego cała grupa staje się obiektem polowania potężnej korporacji medycznej, która pragnie odkryć za ich pomocą sekret ostatecznego pokonania śmierci.

The Old Guard Netflix

Pomysł wyjściowy jest tu całkiem zgrabnie przedstawiony (oczywiście trzeba przymknąć oczy na wiele głupotek wpisujących się w jego naturę), ale film cierpi na typową przypadłość pierwszej części z serii. Trwająca prawie dwie godziny opowieść jest fajnym wprowadzeniem postaci, świata przedstawionego oraz potencjalnie fascynujących tajemnic. To jedna z tych produkcji, która sprawia wrażenie, jakby wszystko co naprawdę ciekawe pozostawiano na rzecz kontynuacji. Główny villain jest absolutnie nijaki, bohaterowie nie trafiają na żadne zagrożenie, które rzeczywiście mogłoby być dla nich wyzwaniem, a wszystkie zwroty akcji są wręcz podręcznikowe. Do tego kuleje tu tempo, co spowodowane jest tym, że Rucka postanowił poświęcić bardzo dużo ekranowego czasu na smutne rozważania bohaterów na temat cierpień, jakie niesie ze sobą obserwowanie tego, jak wszyscy naokoło umierają. Nie mam nic przeciwko dramatycznym wstawkom, jeśli tylko są odpowiednio dobrze wykonanie, ale tu mamy do czynienia z naprawdę za dużą liczbą scen opartych na łzawym pitu-pitu, w których bohaterowie nie mówią nic, czego nie słyszelibyśmy wcześniej we wszystkich historiach o nieśmiertelności, które kiedykolwiek powstały. Może gdyby je ograniczyć, to druga połowa filmu by się aż tak bardzo nie rozłaziła. Jednocześnie jestem w stanie uwierzyć, że potencjalny sequel może okazać się już pod tym względem dużo ciekawszy.

The Old Guard Netflix

Określając same sceny akcji także można użyć określenia “solidne stany średnie”. Choreograficznie jest tu całkiem pomysłowo (choć nadal bez zachwytów), w kilku scenach widać spory potencjał, ale twórcom zdecydowanie zabrakło fantazji, jak to wszystko uatrakcyjnić ciekawszymi ujęciami kamery lub nadać dynamikę odpowiednim montażem. Niby trudno oczekiwać od dość stereotypowego przedstawiciela postmariksowej strzelanino-kopaniny, aby wymyślał koło na nowo, ale twórcy Johna Wicka już kilkukrotnie udowodnili, że odpowiednio sprawna ekipa zdjęciowa i montażowa potrafi przyśpieszyć bicie serca nawet u tych bardziej wypalonych fanów kina akcji.. Tutaj nie można tego oczekiwać, choć kilka ujęć wyszło całkiem zgrabnie, a oglądanie Charlize Theron spuszczającej srogi łomot zastępom złoli jest jak zawsze satysfakcjonujące. Ale ona lśniłaby i buchała ekranową charyzmą nawet w dwugodzinnej reklamie płatków śniadaniowych.

Jeśli ktoś szuka niezobowiązującego odmóżdzacza do obejrzenia na kanapie w pochmurny dzień to The Old Guard może spełnić swoje zadanie, choć nadal lepiej sięgnąć po jakąś mniej watowatą produkcję. Choć jeśli chodzi o adaptacje komiksów z jej udziałem, to na pewno lepiej sięgnąć po Atomic Blonde.

PS. Pisanie o takich filmach to strasznie niewdzięczne zajęcie, bo człowiek najchętniej wkleiłby po prostu:

¯\_(ツ)_/¯

Quiz Show

Quiz Show Ralph Fiennes

Wzorcowy przykład na to jak powinien wyglądać zaangażowany społecznie dramat, który opowiada frapującą historię, a jednocześnie naświetla wciąż aktualne problemy targające zachodnim społeczeństwo. Fabuła oparta jest na telewizyjnym skandalu dotyczącym bardzo popularnego pod koniec lat pięćdziesiątych teleturnieju “21”, który okazał się być ustawiany poprzez dostarczanie odpowiedzi wybranym uczestnikom. Film rozpoczyna się w momencie, kiedy włodarze stacji stwierdzają, że dotychczasowy rekordzista programu – mało urodziwy i niemedialny Herbie Stempel (John Turturro) – musi zostać zastąpiony kimś bardziej charyzmatycznym. Wybór pada na pochodzącego z uznanej rodziny intelektualistów Charlesa Van Dorena (Ralph Fiennes), który szybko zostaje ulubieńcem telewidzów. W sprawie nieuczciwych praktyk producentów programu śledztwo zaczyna prowadzić ambitny adwokat Rob Morrow.

Quiz Show

Najbardziej imponuje scenariusz Paula Attanasio. Trzymający w napięciu, ale jednocześnie bardzo zniuansowany i zwracający uwagę na wiele aspektów całej sprawy. Oczywiście na pierwszy plan wychodzą medialne manipulacje, ułuda tworzona przez telewizję oraz oszukiwanie widzów, ale kryje się tu dużo więcej. Świetnie stworzone są tutaj postaci trzech głównych bohaterów, z których każdy zżerany jest przez własne ambicje i aspiracje społeczne (problem przywilejów klasowych jest tu zresztą też dobrze naświetlony). Najbardziej oszukany przez los wydaje się tu Herbie Stampel, liczący na awans społeczny za sprawą telewizji nie może pogodzić się z tym, że media po prostu go nie chcą. Doskonale wykształcony i utalentowany Van Doren nie jest w stanie wyjść z cienia swojego ojca (i w ogóle całej rodziny) porzuca swoje ideały, aby pójść na skróty. Natomiast marzący o życiu w luksusie Morrow czuje się więźniem własnego kodeksu moralnego. Zresztą wszyscy bohaterowie filmu są ludźmi uważającymi, że coś im się należy, a naginanie zasad zawsze da się usprawiedliwić poczuciem własnej wartości.

Quiz Show John Turturro

Bardzo dobrze rozegrany został akże sposób przedstawiania bohaterów, sam w sobie będący pewną manipulacją. Teoretycznie powinniśmy w tej historii najbardziej współczuć oszukanemu Herbiemu. Jednak ukazany jako kompletny furiat, oszołom i zawistnik budzi tylko niechęć. Natomiast Van Doren dzięki swojej charyzmie zagubionego w życiu intelektualisty i dobremu wyglądowi zaskarbia sympatię pomimo naszej świadomości tego, że jest zwykłym oszustem. Olbrzymia w tym zasługa doskonałych kreacji Turturro i Fiennesa, dzięki którym te cechy są jeszcze bardziej widoczne.

Gorzki, rewelacyjnie opowiedziany i w wielu miejscach mocno nieoczywisty moralitet, na tyle uniwersalny, że 26 lat po swojej premierze wciąż jest aktualny. Można go traktować jak historię o jednym z telewizyjnych grzechów pierworodnych, która uświadamia, że masowe media nigdy nie były niewinne. I że od początku prawie nikogo to nie obchodziło.

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien