Filmowy Misz Masz #25

 Filmowy Misz Masz #25

“Niedosyt”, “Praziomek”, “Słodziak” oraz “Rambo: Ostatnia krew”. To lista filmów, które tym razem trafiły do zbiorczego zestawienia postów z profilu Kusi na Kulturę.

Niedosyt

Przyznam się Wam, że mało co mnie przeraża tak mocno, jak wizualny perfekcjonizm. Szczególnie ten mający na celu pokazanie idealnego życia, w którym każdy element jest ułożony i dokładnie zaplanowany. A już zupełnie najgorsze są zdjęcia przedstawiające doskonałe mieszkania i domy wyglądające jak wyjęte wprost z konta stereotypowej socialmediowej influencerki. Wyglądają może ładne, ale wizja spędzenia dnia w takim miejscu brzmi jak koszmar.

Twórcy Niedosytu najwidoczniej doskonale zrozumieli ten lęk i wykorzystali go, zabierając widzów na wyprawę do estetycznego piekła.

Życie Hunter można pozornie uznać za spełnienie bajki o Kopciuszku, która znalazła swojego Księcia. Jest żoną przystojnego, eleganckiego dziedzica bajecznej fortuny, który może spełnić jej każdą zachciankę. Żyje w pięknym, gustownie urządzonym domu, a szczęście mają dopełnić narodziny dziecka. Jak łatwo się domyślić – Hunter jest po prostu kolejną ozdobą w idealnym obrazie rodziny swoją męża. Nikt nie słucha co ma do powiedzenia, ważne jest to, aby ładnie wyglądała (sugestywny ubiór staroświeckiej pani domu) i spełniała rolę przykładnej żony. Ucieczką z tego więzienia perfekcjonizmu okazuje się dla niej specyficzna obsesja – kobieta zaczyna z lubością połykać dziwne przedmioty – metalowe kulki, pinezki czy baterie. Scenariusz Niedosytu sprawdza się najlepiej wtedy, kiedy wywołuje u widza sprzeczne emocje. Z jednej strony wiemy doskonale, że fiksacja Hunter jest niezdrowa, zagraża jej życiu i wymaga opieki specjalny. Z drugiej jednak stanowi dla niej jedyną formę buntu i próbę odzyskania kontroli nad swoim życiem oraz ciałem. Szybko buduje to bardzo duże poczucie dyskomfortu.

Dawno nie widziałem filmu, w którym warstwa wizualna tak mocno była sprzężona z jego treścią. Niedosyt jest przepiękny, kolory są cudownie żywe, a prawie każdy kadr nadawałby się na ozdobę. Wszystko jest tak nienaturalnie doskonałe, że po kilku minutach robi się fizycznie nieznośnie, a po niedługim czasie wręcz przerażające. Z każdą bardzo dobrze przemyślaną, wysmakowaną sceną czułem wzrastające poczucie niepokoju. I tutaj też na ratunek przychodzą momenty, w których bohaterka oddaje się połykaniu przedmiotów. Podkręcone odgłosy przełykania, krztuszenia się czy wreszcie wymiotów są ohydne, ale choć na chwilę przerywają ten idealny koszmar. Choć trzeba przyznać, że nawet one nakręcone są w sposób estetyczny. Body horror, który brzydzi, ale nie jest obrzydliwy wizualnie? To dopiero perwersyjne połączenie. Ten klimat doskonale podkreśla świetna gra aktorska Haley Bennet – szczególnie imponujące są sceny, w których Hunter patrzy na jakiś przedmiot i próbuje zwalczyć pokusę połknięcia go, z góry skazaną na porażkę. To jak subtelnie odgrywa swoją twarzą powolne poddawanie się pragnienie jest niesamowite.

Oglądanie Niedosytu jest bolesne, często nieprzyjemne, ale trudno oderwać wzrok od tego hipnotyzującego piękna widocznego na ekranie. Jest to doznanie jednocześnie przyciągające i odrażające, a to rozbicie wprowadza w stan dziwnego rozdrażnienia. Nie jest to seans dla każdego, ale jeśli ktoś lubi być w kinie solidnie sponiewierany, to może nastawić się na mocno nietypowe wrażenia.

Praziomek

Ostatni film studia Laika był dla wytwórni podwójną porażką. Po pierwsze, okazał się potworną klapą finansową – przy budżecie 102,3 miliona dolarów w kinach zarobił zaledwie 26,2 miliona. Po drugie, nie do końca przypadł do gustu miłośnikom wcześniejszych dokonań Laiki (chociażby Koralina oraz Kubo i dwie struny), którzy kręcili nosem, że ostateczny efekt okazał się nijak, a studio przyzwyczaiło ich do czegoś więcej. Trochę szkoda, bo nawet jeśli Praziomek (kocham to tłumaczenie tytułu) rzeczywiście odstaje poziomem od ich pozostałych filmów, to nadal jest przepiękną wizualnie i pełną atrakcji historią z niegłupim morałem.

Powszechnie uznawany za goniącego za złudzeniami głupca, sir Lionel Frost ma jedno marzenie – pragnie zostać uznany za prawdziwego poszukiwacza przygód, który może zasiadać wśród członków prestiżowego klubu. Jednak kolejne próby dostarczenia dowodów na istnienie legendarnych stworzeń kończą się fiaskiem a on sam staje się coraz większym pośmiewiskiem. Wszystko ma się zmienić za sprawą tajemniczego listu, z którego wynika, że jego nadawca wie, gdzie znaleźć Wielką Stopę. Po dotarciu na miejsce odkrywa, że to sam Sasquatch zwabił go do swojej siedziby, aby sir Lionel pomógł mu odnaleźć jego krewnych, którzy podobno zamieszkują tajemnicze miasto skryte wśród himalajskich szczytów.

Fabularnie Praziomek spełnia wszystkie wymogi klasycznej opowieści podróżniczej – bohaterowie przemierzają cały świat, znajdując się w coraz bardziej niesamowitych lokacjach, przeżywając masę emocjonujących przygód. Jednocześnie unikając zagrożenia ze strony zbira wynajętego przez pewnego lorda, któremu spełnienie marzeń sir Lionela jest wyjątkowo nie w smak. Twórcy sprawnie korzystają ze znanych tropów w efekcie czego otrzymujemy miks przygód Indiany Jonesa i “W osiemdziesiąt dni dookoła świata”. Mogę zgodzić się, że w tej historii brakuje trochę oryginalnych pomysłów (zwłaszcza złole są bardzo nijacy), ale te braki nadrabiają bardzo dobrze poprowadzone postaci. Szczególnie pierdołowata Wielka Stopa, która z powodu swej poczciwości nie jest w stanie zrozumieć żadnej subtelności, wszystko biorąc na poważnie. Humor to zdecydowanie mocna strona tej produkcji.

O ile fabuła Praziomka jest odrobinę sztampowa, to pod względem audio-wizualnym film zachwyca. Oglądając bohaterów czasami trudno uwierzyć, że obserwujemy prawdziwe kukiełki wprowadzone w ruch za sprawą animacji poklatkowej z domieszką CGI (oglądanie materiałów zza kulis takich produkcji to zawsze czysta przyjemność). Ponownie najbardziej wyróżnia się tu tytułowy, włochaty stwór – sprawiał, że nie mogłem się nie uśmiechać, kiedy tylko pojawiał się na ekranie. Zresztą w jego przypadku trudno mówić o “kukiełkach”, a bardziej o robotach posiadających własne szkielety. Zachwyca też szczegółowość każdej pokazywanej w filmie lokacji, nawet takiej pojawiającej się na parę chwil. Rozumiem to, że podniecanie się “wszystko zostało zrobione naprawdę” jest zgubnym podejściem, ale tym razem nie poradzę – nie mogę wyjść z podziwu dla ogromu tego przedsięwzięcia. Bardzo do gustu przypadł mi także oryginalny voice acting (nie wiem, jak wyszedł polski dubbing) – bohaterom głosu użyczyli między innymi Hugh Jackman, Zach Galifianakis i Zoe Saldana. Każdy z nich sprawdza się znakomicie, dzięki czemu postaci wydają się jeszcze żywsze.

Praziomek jest lekki, przepełniony duchem przygody, całkiem zabawny i przepiękny wizualnie. Nawet jeśli nie dorównuje innym filmom Laiki (albo co lepszym animacjom Pixara), to polecam Wam się z nim zapoznać. Zwłaszcza jeśli szukacie czegoś na poprawę nastroju – jak już wspomniałem, samo oglądanie brązowego stwora sprawiało, że nie mogłem powstrzymać uśmiechu.

Do obejrzenia na HBO GO

Słodziak

Film-terapia, za sprawą którego Shia LeBouf (napisał scenariusz) z pomocą reżyserki Almy Har’el rozpracowuje swoją traumatyczną relację z własnym ojcem. Robi to w dość nieoczywisty sposób, czyli opowiadając historię zbudowaną na podstawie swojego dzieciństwa, wcielając się w postać nieradzącego sobie z rzeczywistością furiata, który zmienia w koszmar życie nastoletniego syna – zyskującego popularność dziecięcego aktora.

Przedstawiona w filmie historia nie jest bezpośrednią biografią LeBoufa, ale losy bohaterów są tak podobne, że właściwie można je tak traktować. Fabuła rozpoczyna się w momencie, kiedy dwudziestoparoletni aktor Otis (w tej wersji Lucas Hedges) prowadząc po pijaku powoduje wypadek samochodowy, w którym poszkodowana zostaje jego dziewczyna (LeBouf zrobił to w 2008 roku). Z tego powodu trafia na odwyk i terapia, podczas której przenosi się wspomnieniami do swojego dzieciństwa. To w tej płaszczyźnie spędzimy najwięcej czasu, obserwując jak dwunastoletnia wersja Otisa (Noah Jupe) jest “wychowywana” (to za duże słowo) w podłych warunkach przez nienadającego się do tego zadania ojca – niepijącego alkoholika, megalomana i niespełnionego showmana trawionego kompleksami spowodowanymi zależnością od kariery swojego dziecka. LeBouf nie szczędzi swojego ojca pokazując go od najgorszej strony, choć jednocześnie zdaje się starać zrozumieć jego ból i w jakiś sposób mu przebaczyć. Oglądanie tak intymnej wiwisekcji z jest bardzo krępujące, ale też w pewien perwersyjny sposób przyciągające.

Słodziak jak na tak krótki film (90 minut) stara się poruszyć zaskakująco dużo tematów. Najważniejsza jest tu oczywiście relacja ojciec-syn, ale pojawiają się tu wątki między innymi dziedzicznego alkoholizmu, czy przemysłu filmowego niszczącego dziecięcych aktorów, którzy zbyt szybko rzucani są na głęboką wodę. LeBouf próbuje wskazać na aspekty, które sprawiły, że tak bardzo pogubił się w dorosłym życiu (oprócz licznych nałogów stwierdzono u niego PTSD). Ciężar emocjonalny jest tu tak ogromny, że film zdaje się czasami sam pod nim zapadać. Przynajmniej takie wrażenie odniosłem w jego drugiej połowie, kiedy narracja traci na swojej surowości (duża zaleta pierwszej części) i zaczyna odpływać w stronę nachalnych artystycznych zabiegów i metafor. Słodziak najlepiej sprawdza się wtedy, kiedy stawia na prosty, ale mocny przekaz, który sam w sobie nie potrzebuje dodatkowych ozdobników.

Aktorsko to jeden z lepszych występów LeBoufa, który zdaje się sprawnie przekierowywać targające nim emocje w swoją postać. Obserwowanie ciągle rozedrganego ludzkiego wraka, jakim jest ten bohater bywa fizycznie wręcz męczące, co należy traktować jako komplement. Jednak film kradnie tutaj piętnastoletni Noah Jupe, którego kreacja jest jak na ten wiek imponujące zniuansowana i dojrzała. Zdziwię się, jeśli za parę lat nie stanie się jedną z aktorskich gwiazd nowego pokolenia. W tym kontekście warto wspomnieć o występie Lucasa Hedgesa, który też jest całkiem udany, ale podbudowuje obawy, że to aktor powoli przypisywany do jednego typu postaci. Mam nadzieję, że niedługo zaskoczy nas czymś nowym.

Nawet jeśli czujecie, że Słodziak może się Wam nie spodobać, to i tak powinniście go obejrzeć. To ten rodzaj filmu, który może nie jest w pełni udany, ale na tyle wyjątkowy, że po prostu szkoda byłoby go przegapić. Uznacie go albo za szczery ryk prosto z serca albo za zbytnią uczuciową pornografię. Ale obojętni raczej nie pozostaniecie. 

Rambo: Ostatnia krew

Kiedy dowiedziałem się, że David Morell, autor książkowego oryginał, dał oznaki swojego głębokiego zażenowana tym filmem, to pomyślałem “Skoro wcześniej go nie czuł, to co oni musieli odwalić tym razem”. Teraz już wiem i nawet jestem pod wrażeniem, bo pewną sztuką jest zmieścić tyle zła w obrazie trwającym trochę ponad osiemdziesiąt minut. I nie chodzi mi już nawet o tragiczne dialogi i zesztywniałego Sylwka, bo to wziąłem już za pewnik. Jednak nie spodziewałem się tak dziwnej mieszanki. Światopoglądowa naiwność i zimny nihilizm, próba przekazania gorzkiej prawdy o świecie i kreskówkowe przerysowanie, rozwleczona narracja i skokowa fabuła – to tylko kilka porządków, które się tu mieszają. Warto dodać do tego skrajne utaplanie w stereotypach (źli Meksykanie, bezsilne kobiety czekające na ratunek) i morał mówiący o tym, że brutalna przemoc nie jest może najlepszym rozwiązaniem, ale z braku laku zawsze warto po nią sięgnąć.

Największym problemem jest tu olbrzymia nuda. Nie oszukujmy się – nikt nie sięga po nowego Rambo, aby oglądać smutnego Stallone’a snującego się po swoich ranczo i rozmyślającego o życiu, bo to jest po prostu przykre. I to nie w sposób poruszający myśli o przemijaniu oraz głębokie refleksje, ale po prostu żenujący. A właściwie jakakolwiek akcja zaczyna się tu gdzieś w połowie filmu, a rambowanie Rambo to ostatnie dwadzieścia minut. No dobra, to chociaż może ta zabawa w “Johna samego w domu”, którą widać na trailerach jest jednak warta tej mordęgi? Cóż, jeśli widzieliście trailer, to już w sumie wiecie wszystko. Nawet ta flagowa sekwencja jest słabo nakręcona. Źli żołnierze kartelu biegają po tunelach i padają jak muchy, ale fatalny montaż sprawia, że pozbawione jest to jakiegokolwiek napięcia i polotu. A skrajna brutalność scen zgonów jest zrobiona tak, że przywodzi na myśl tanie filmy gore z lat osiemdziesiątych.

Naprawdę nie warto. “John Rambo” przy tym czymś stanowi wybitne dzieło kinematografii. Tam przynajmniej można było się pośmiać, tu już jest po prostu smutno.

SPOILER DLA CIEKAWYCH:

Jeśli chodzi o skrajną brutalność i absurdalną dosłowność filmu to najlepsza jest tu scena z finału.

Rambo wcześniej mówi, że chce, aby szefowie kartelu poczuli, jak to jest kiedy ktoś wyrywa Ci serce, a ty musisz z tym żyć. Cóż, pod koniec rzeczywiście nacina nożem klatkę jednego z nich, wyrywa mu jeszcze bijące serducho i pokazuje mu, aby była to ostatnia rzecz jaką widzi konając. Pokaż mniej

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć ich powstawanie za sprawą postawienia symbolicznej (2$) kawy to kliknij w grafikę poniżej 🙂

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien