Zabójcy pasji, czyli o “Gambicie królowej” z perspektywy złamanego serca.

 Zabójcy pasji, czyli o “Gambicie królowej” z perspektywy złamanego serca.

“Gambit królowej” dokonał rzeczy niezwykłej – sprawił, że szachy stały się sexy. Co jest o tyle dziwne, że bohaterowie serialu prezentują sobą wszystko, co powinno nas do tej gry zniechęcić.

Tekst zawiera spoilery związane z fabułą serialu.

Gambit królowej osiągnął sukces, który zapewne zaskoczył nawet samych twórców. Stał się nie tylko najczęściej odpalanym (przynajmniej na dwie minuty) miniserialem w historii Netlixa (62 miliony widzów w ciągu 28 dni), ale przywrócił wiarę części widzów w to, że wielkie N wciąż potrafi dostarczyć produkcję, które można nazwać fenomenem na na masową skalę (w tym roku osiągnął to tylko Król tygrysów). Takim, który przez chwilę rzeczywiście jest na ustach wszystkich. Bardzo dobrze zadziałał w tym wypadku element wirusowo-polecajkowy w stylu “Ej, oglądaliście już ten serial o tej dziewczynie grającej w szachy? Tak, też myślałem, że to brzmi nudno, ale pyknęliśmy w dwa wieczory”. Tym razem nie chcę rozpisywać się o tym, co uważam o serialu jako takim, więc napiszę krótko – to świetnie zrealizowana produkcja, która pod całą swoją efekciarską otoczką skrywa dość klasycznie poprowadzoną historię, po kolei odhaczającą niezbędne punkty. A jeśli coś trochę za mocno odbiega od tej normy, to naprostowują to dwa ostatnie odcinki, w których wszystko rozwiązuje się za sprawą magii przyjaźni i wiary w siebie. Nie zrozumcie mnie źle – ja bawiłem się wyśmienicie, bo wszystko działa tu jak należy, ale nie trzeba być bardzo przenikliwym widzem, aby zobaczyć, że pod tym płaszczykiem niezwykłości kryje się obraz zachowawczy i rozegrany bardzo bezpiecznie.

Gambit Królowej netflix

W Polsce doszedł jeszcze element “Nasi górą!” i reklamowanie serialu za sprawą roli Marcina Dorocińskiego. Nie obyło się bez typowej dla takich sytuacji przesady i nagłówków sugerujących, jakby to on był główną gwiazdą serialu. Zazwyczaj budzi to we mnie potrzebę wygłoszenia złośliwego komentarza, ale tym razem sobie daruję, bo rola Borgova jest może niewielka, ale dość istotna, w końcu to final boss stojący na szycie wieży. Poza tym, to bardzo dobry występ – Dorociński zagrał rolę z minimalistycznym wdziękiem, ale nadał jej odpowiedniego charakteru. Możliwe, że w ten sposób otworzył sobie drogę do bycia “tym kolesiem, co gra Rosjan” na następną dekadę. Na pewno jest jednym z największych wygranych całego zamieszania wokół serialu. Oczywiście palma pierwszeństwa pod tym względem należy się Anyi Taylor-Joy, która błyskawicznie przeskoczyła z pozycji młodej aktorki z wielkim potencjałem do statusu gwiazdy. I to takiej, w której widzowie są absolutnie zakochani. To raczej małe zaskoczenie – o wiele bardziej interesujące jest to, jak na Gambicie królowej zyskały, przynajmniej na chwilę, same szachy.

Ostatnim razem gra cieszyła się taką sympatią prawdopodobnie w 1996 roku podczas emisji szachowego odcinka Światu według Ludwiczka. Najlepszym dowodem wpływu serialu na wzrost jej popularności jest sprzedaż szachowych zestawów (za tekstem na Variety) – w ciągu trzech tygodni od premiery serialu ich sprzedaż wzrosła o 87% a książek im poświęconym o 603% (co pewnie może znaczyć tyle, że ktoś kupił ich 100). Natomiast platforma do gry chess.com w listopadzie notowała po 100 000 nowych rejestracji dziennie (sam się tam zapisałem). Powodów ku temu serial dawał wiele, w końcu twórcy zrobili wszystko, aby gra w szachy wydawała się czymś bardzo emocjonującym. Do tego trzeba jednak sporo pomyślunku i inwencji, bo w końcu mowa o grze, w której partie trwają godzinami wypełnionymi intensywnymi spojrzeniami na szachownicę, a jej obserwowanie dla większości równie dobrze mogłoby stać się jedną z tortur serwowanych w piekle. Sukces nie tkwi tylko w tym, że udało się ukazać szachy jako sport dynamiką przypominający sztuki walki, wypełniony nagłymi zwrotami akcji (co jest bzdurą, o czym fajnie pisał Konwerter dźwiękowo-tekstowy). Nie chodzi też o podpięcie gry kojarzonej raczej z typowymi “frajerami” pod śliczną kobietę żyjącą w zawrotnym tempie, w którym szachy przychodzą w zestawie z narkotykami i gorzałą. Prawdziwym arcymistrzowskim zagraniem okazało się stworzenie aury tajemnicy, gry wypełnionej sekretami przeznaczonymi tylko dla przekraczających pewien próg wtajemniczenia.

Gambit Królowej Benny

Zasady szachów są proste i znajome dla bardzo dużej grupy ludzi. To ułatwia wprowadzenie gry na ekran – znaczne grono widzów od razu jest w stanie zrozumieć co się dzieje, a przynajmniej tak im się wydaje, bo serial dość szybko wywraca tę pewność siebie do góry nogami. Początkowo Beth gra intuicyjnie, przedstawiana jest jako dziecko geniusz, które w naturalny sposób rozpykuje wszystkich stojących na jej drodze. Jest szachowym wybrańczynią, której pisane jest miejsce w panteonie. Jednak to szybko stałoby się nudne. I tutaj do gry wchodzi żargon używany przez bohaterów. Wydaje mi się, że scenarzyści podchwycili parę sztuczek od Aarona Sorkina, mistrza tak zwanego “competence porn” używanego w dialogach. Postaci z Gambitu Królowej w błyskawicznym tempie przerzucają się nazwami otwarć, nazwiskami mistrzów i stwierdzeń, które przeciętnemu widzowi mówią zupełnie nic. Z jednej strony fascynacja dostępem do zupełnie nieznanego wcześniej świata, a z drugiej zrozumienie, że szachy są o wiele bardziej skomplikowane niż mogło się wydawać.

Jest to o tyle zabawne, że dotyczy tak naprawdę najnudniejszego elementu gry, od którego w pewnym momencie odbija się spora część osób próbujących wziąć się za szachy trochę poważniej. Wejście na ten etap to moment, w którym kończy się sama czysta radość z grania , a zaczyna żmudny trening, uczenie się formułek i rozwiązywanie zadań. To jakby film o koszykówce oprzeć na ukazywaniu treningów sprawnościowych graczy.

Co więcej – samo środowisko szachistów jawi się tutaj jako miejsce niezbyt przyjazne, wręcz wrogie każdemu, kto nie jest wybrańcem. Do tego tematu wrócę za chwilę, bo najpierw chciałbym się podzielić, jak wyglądała moja własna przygoda z “Grą królów”.

Zdaję sobie sprawę z tego, że opisywana przeze mnie sytuacja oraz poruszany problem są uniwersalnie związanie tym, co nie siebie za sobą jakakolwiek próba “bycia w czymś dobrym” i nie ogranicza się tylko do szachów i Gambitu królowej. Po prostu łatwiej posługiwać się wciąż świeżym przykładem oraz własnym doświadczeniem.

Ten skupiony chłopczyk to ja. Mam na tym zdjęciu może sześć lat, właśnie jestem na swoim pierwszym szachowym turnieju rozgrywającym się w gdyńskiej YMCE, gdzie od jakiegoś czasu chadzam na zajęcia. W smutnej i szarej rzeczywistości 1995 roku musiało się to jawić jako całkiem atrakcyjna forma spędzania czasu. Zabawne jest to, że to zdarzenie jest jednym z moich najstarszych intensywnych wspomnień, ale powód dla którego tak mocno wbiło mi się do głowy jest specyficzny – najbardziej pamiętam ten dzień dlatego, że na początku turnieju powiedziano nam, że za każdą wygraną grę zawodnik dostanie siedem złotych. Niestety po pierwszym zwycięstwie spotkało mnie rozczarowanie – okazało się, że dzieci ta zasada nie dotyczy. Ma to w sumie sens, ale kto wie, może chciwość zmotywowałaby mnie to sięgnięcia po szachowe szczyty. Cóż, nigdy się nie dowiemy .

Wciąż uważam, że wyglądam na tym zdjęciu dość kozacko, ale nie będę nikogo oszukiwał – nie był ze mnie żaden szachowy geniusz, choć jak na dziecko grałem chyba całkiem dobrze. Jednak nie to było istotne – wciąż uważam, że posiadanie tak silnej zajawki na początku życia było czymś wspaniałym. Chodziłem na zajęcia, jeździłem na turnieju, pojechałem nawet na obóz szachowy (jakby to dziwnie nie brzmiał). Z powodu szachów zostałem też ministrantem, ale to już osobna historia, więc tym razem ją Wam odpuszczę. Ten intensywny romans z szachami trwał gdzieś do jedenastego życia, czyli do momentu, w którym moja pasja i miłość do tej gry została poddana próbie, której niestety nie podołałem psychicznie. Niestety, doszedłem do momentu, w którym przestała liczyć się dobra zabawa, a zaczęła gra “na poważnie”. Nie będę wdawał się w szczegóły, choćby mało pedagogicznego podejścia samego trenera, ale ostatecznie sprowadziło się do klimatu – nie jesteś wystarczająco dobry teraz, więc nie ma się co łudzić, lepiej daj sobie spokój. Może to jest moment, w którym jakaś część graczy zaciska zęby, zaczyna poświęcać cały swój czas, aby pokazać, jak bardzo się im jak bardzo się mylą, ale to raczej nieliczne przypadki. W tym wszystkim nie chodzi mi o nagłe strzaskanie snów o tym, że zostanę mistrzem świata, bo takich ambicji chyba nigdy nie miałem – ja chciałem sobie po prostu grać, po drodze oczywiście jakoś się rozwijając. Jednak od pewnego momentu, zwłaszcza w stadium odsiewu, jest to niemożliwe. Nie jesteś wystarczająco dobry, to przestań już nam zawracać głowę swoją obecnością i weź zainteresuj się może Chińczykiem, a nie grą dla poważnych ludzi.

Zacznijmy od samej Beth – taką postać można podziwiać stojąc tylko z boku, spotkanie jej po “drugiej stronie” jest prawdopodobnie momentem, w którym większość graczy postanowiłaby zakończyć próby rozwoju już na zawsze (rzecz jasna jest to uniwersalny mechanizm związany z każdym zjawiskiem opartym na rywalizacji). Nie chodzi nawet o sam fakt spotkania kogoś z zupełnie innej ligi, tylko ta jak serial ukazuje także samo podejście głównej bohaterki. Beth nie jest sympatyczną postacią – każdy kto znajduje się poniżej jej poziomu jest pyłkiem, na który nie warto zwracać uwagi. Bohaterka nie wygrywa ze swoimi rywalami, ona ich miażdży i w pewien sposób upokarza, uświadamiając im, że nie mają czegoś szukać przy szachownicy. I o ile w profesjonalnych zawodach ma to usprawiedliwienie, to warto przypomnieć sobie, że część obserwowanych pojedynków rozgrywa się wśród amatorów nie zasługujących na takie zachowanie.

Gambit królowej

Beth bezlitośnie gna do przodu, ale tak naprawdę nie ma innego wyjścia, bo tylko dzięki szachom ktokolwiek zwraca na nią uwagę. Jedyną postacią, która lubi ją “bez niczego” jest przyjaciółka z sierocińca, Jolene. Poczynając od pana Scheibela, przez macochę (zaczyna ją traktować poważnie dopiero, kiedy widzi że szachy mogą przynieść pieniądze) aż przez całe szachowe grono, które spotyka po drodze. Beth jest kompletnym underdogiem – kobieta, sierota, samouk do tego obarczona uzależnieniem – w takich warunkach nie ma innego wyjścia niż bezpardonowa walka. Choć niestety sama będąc ofiarą gatekeepingu, przekazuje go dalej. Na szczęście, serial daje jej szansę na odkupienie – w końcu ostatnia scena ukazuje moment, w którym chyba pierwszy raz zasiada za szachownicą bez konkretnego celu, po to aby sobie po prostu pograć z rosyjskimi staruszkami. Pokonanie Borgova to dla niej koniec obsesji, chorobliwa ambicja w końcu może ustąpić prawdziwej pasji.

Gambit królowej pełen jest toksycznych relacji

Gambit królowej

Gambit krołowej przepełniony jest toksycznymi relacjami. O ile sama historia podejścia Beth do gry została zakończona całkiem ładnie, to już jej kontakty osobiste pozostają co najmniej specyficzne. Wiem, że scena, w której piwniczny dream team złożony dzwoni do niej, aby pomóc w rozegraniu finałowej partii powinni podnosić na duchu, ale według mnie wyszła dość pokracznie. Głównie z powodu implikowania, że “prawdziwą mocą jest przyjaźń i wsparcie bliskich”, co jest raczej sprzeczne z tym, co te relacje prezentowały sobą wcześniej. Wszystkie one oparte są na fascynacji geniuszem Beth, a nie na zwykłej ludzkiej sympatii. Ona sama tak naprawdę nie daje powodów, aby się lubić – jest zimna, olewa większość interakcji związanych z samymi szachami, często wręcz traktuje próbujących się do niej zbliżyć ludzi okrutnie. Nawet, kiedy jej zachowanie jest krytykowane bezpośrednio, nie próbuje okazać skruchy. Kult kogoś genialnego, ale dupkowatego, to motyw na tyle wyeksplorowany, że już męczący. Owszem, miło że jej koledzy postanowili pomóc mimo jej wad, ale serial nie daje powodu, czemu właściwie mieliby robić to na normalnej, ludzkiej stopie. Co zresztą nie powinno dziwić, bo oni sami nie są lepsi.

Zacznijmy od Harry’ego Beltika. Gambit królowej ukazuje go jako nieszczęśliwie zakochanego w Beth, kiedy tak naprawdę powinniśmy uznać go za mocno zaawansowanego, budzącego niepokój stalkera. Jego fascynacja Beth rozpoczyna się od tego, że zostaje strącony z piedestału, przez osobą którą chwilę wcześniej gardził. Pozostawiony ze zmiażdżonym ego przez lata buduje swój jej obraz na podstawie tego, jak kreują ją prasa i śledzeniu jej szachowych poczynań. Po tym wszystkim ostatecznie rozbija się o ścianę dystansu i skupiania na jedynej rzeczy, która nadaje sens jej rzeczywistości. Jest to sytuacją godna politowania, ale też w sumie zasłużona – on nie chciał zdobyć serca samej Beth, ale pozycje najwyższego kapłana jej geniuszu. Z Bennym sytuacja jest już trochę bardziej uczciwa, bo dla niego szachy to też całe życie, jest urodzoną gwiazdą, która dzięki nim może błyszczeć. Jego relacja z Beth wydaje się najbardziej naturalna, ale powodem tego stanu rzeczy jest to, że znajdują się na zbliżonym poziomie gry. Oboje muszą udowodnić sobie nawzajem, że są warci wzajemnej uwagi. Muszą sobie ją wywalczyć, a jedynym sposobem jest udowodnienie swoich umiejętności. To też nie jest zdrowa relacja – w innym wypadku żadne z nich nawet by na siebie nie spojrzało.

I tak naprawdę nie miałbym z tym wszystkim takiego problemu, gdyby właśnie nie ta nieszczęsna szarża kawalerii pojawiająca się przy finałowej potyczce z Borgovem. Dla mnie ma ona strasznie fałszywy wydźwięk, bo próbuje wmówić nam, że największą siła jest tu po prostu zwykłe ludzie wsparcie. Jednak serial tak naprawdę nie daje nam podstaw, aby w to uwierzyć. Oni nie mają powodu, aby nagle wesprzeć Beth jako osobę – to dalej pomoc wyznawców w wyniesieniu nowej bogini do swojego panteonu.

Nie do końca mi po drodze także z wydźwiękiem ostatnich dwóch odcinków – Beth wygrywa w nich na każdym polu, przez co w zakończeniu brakuje pewnej gorzkości, która dla mnie stanowi niezbędny element każdej porządnej opowieści o poświęceniu dla pasji. Bohaterka zgarnia pod koniec całą pulę – udaje się jej pokonać nałóg, zostaje najlepsza na świecie, a do tego okazuje się, że jej chorobliwe skupienie się na celu nie przynosi żadnych konsekwencji w życiu osobistym. Jako widzowie powinniśmy się cieszyć, bo to postać mocno pokiereszowana przez życie, ale po głębszym zastanowieniu się, to wydźwięk tego finału jest dość niezdrowy.

Gambit Królowej Beth i Billy
Każda okazja, aby pochwalić się swoim ulubionym matem zadanym po powrocie do szachów jest dobra :v

Gambit królowej wypełniony jest postaciami, które spotkane w normalnym życiu szybko mogłyby zabić pasję nawet w bardzo wciągniętych graczach. Z podejściem pokazanym w serialu wystarczyłaby jedna partia, aby dać do zrozumienia, że każdy poniżej ich poziomu jest nic nie wartym pyłkiem. W prawdziwym życiu mistrzowie różnych sztuk najczęściej jednak (co pewnie jest podstawą dobrego PR) jawią się raczej jako pozytywni fascynaci, którzy zagrzewają początkujących i tłumaczą znaczenie ciężkiej pracy, są zaangażowani w rozwój platform dających pole do treningu. Co jednak sprawdza się w normalnym życiu, w popkulturowym świecie byłoby nudne. Jest coś fascynującego w tym, że aby naprawdę skutecznie przyciągnąć widzów do jakiegoś zagadnie, potrzebne jest stworzenie opowieści, która daje im do zrozumienia, że nigdy nawet nie zbliżą się do poziomu prezentowanego przez bohaterów. “Pozbądź się jakichkolwiek złudzeń żuczku, to może wtedy będziesz mógł się trochę pobawić, ale pamiętaj, że nie ma to nic wspólnego z tym, co robimy my.

PS. Proszę nie traktować tego akapitu w pełni poważnie, bo śmieję się w nim też sam z siebie. Oczywiście też wróciłem do gry w szachy po obejrzeniu serialu i wcale nie mam zamiaru osiągać nie wiadomo jakich szczytów, mam przyjemność z analizy swojej gry, choć dostawanie wcir na dość niskim poziomie bywa frustrujące.

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć ich powstawanie za sprawą postawienia symbolicznej (2$) kawy to kliknij poniżej🙂

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien