Kulturalna pogadanka #2 – Może pora z tym skończyć

 Kulturalna pogadanka #2 – Może pora z tym skończyć

Obejrzyliście “Może pora z tym skończyć” i nadal nie wiecie, co myśleć o nowym filmie Charliego Kaufmana? Wraz z Janem Sławińskim z bloga Anonimowy Grzybiarz spróbujemy Wam w tym pomóc.

Witam w drugiej odsłonie cyklu Kulturalna pogadanka, w którym zapraszam zaprzyjaźnionych autorów piszących o popkulturze do wspólnego przedyskutowania popkulturowych nowości. Tym razem zaprosiłem Jana Sławińskiego, czyli autora bloga Anonimowy Grzybiarz. Razem postanowiliśmy dojść do tego, co Charlie Kaufman próbował zawrzeć w swoim nowym filmie Może pora z tym kończyć. Nie było to zadanie łatwe, ale staraliśmy się z niego wywiązać, choć sami nie wiemy, czy to w ogóle możliwe.

Może pora z tym skończyć

Kajetan Kusina : To jak, udajemy że zrozumieliśmy film, czy próbujemy razem dojść do tego, co tym razem Kaufman nawywijał? 

Jan Sławiński : Pytanie, czy w tym przypadku jest jedna obowiązująca interpretacja, czy każdy może go zrozumieć po swojemu. Ja w trakcie oglądania miałem przynajmniej kilka teorii na temat tego, co właśnie oglądam. Kosmici, życie pozagrobowe, alternatywne rzeczywistości, zakrzywienie czasu, choroba psychiczna – wciąż nie mogę się zdecydować, która teoria spiskowa pasuje mi do tej historii najlepiej.

KK: Do odpowiedniej interpretacji potrzebne jest tu chyba spojrzenie na całość twórczości reżysera. Kaufman od zawsze obsesyjnie skupia się na jednym temacie, czyli braku możliwości stwierdzenia, czym jest ludzka osobowość i co właściwie ją kształtuje. Jego bohaterowie rozmywają się w zbiorowości (Być jak John Malkovich), kształtują się przez odgórną narrację (Adaptacja) lub zatracają w próbie spojrzenia na swoje życie “z zewnątrz” (Synekdocha, Nowy Jork). Narracyjnie w jego filmach dzieją się cuda, ale trzon pozostaje taki sam.

Im Thinking of Endings Things Jesse Plemons Jessie Buckley

JS : Tak jak w wymienionych przez Ciebie tytułach, tak i tutaj Kaufman zagląda w głąb ludzkiej psychiki i próbuje pokazać nieprzewidywalne mechanizmy, które nią rządzą. Tym razem, bazując na książce Iana Reida, opowiada o młodej parze, którą poznajemy w drodze do rodziców chłopaka. Ona jest niepewna – mimo że ich związek trwa dopiero kilka tygodni, to nie wie, czy chce go kontynuować (co wyraża postawiona w tytule wątpliwość). On chce ją przedstawić rodzinie, choć wstydzi się swojego pochodzenia. W Może pora z tym skończyć iskrzy od naturalnych dialogów i świetnych kreacji aktorskich – dwójkę głównych bohaterów zagrali Jessie Buckley i Jesse Plemons, a kroku dotrzymują im David Thewlis i Toni Collette wcielający się w rodziców Jake’a. Warto się zatrzymać na chwilę właśnie przy postaciach.

KK: Zatrzymanie się postaciach brzmi w tym przypadku trochę zbyt błaho. I to nie tylko dlatego, że to film skupiający się prawie wyłącznie na ich psychologicznym rozwoju/rozpadzie. Jest to zadanie prawie niemożliwe, bo trudno znaleźć w nim jakiś stały punkt (poza trwaniem w związku). Najbardziej widać to oczywiście po postaci granej przez Jessie Buckley, która nie posiada nawet stałego imienia (w opisie wymieniana jest jako Dziewczyna). Raz nazywana jest Lucy, innym razem Lucią i Louise. Co chwilę dowiadujemy się zupełnie sprzecznych informacji na jej temat. Poznajemy ją jako pragmatyczną naukowczynię, aby zaraz potem zobaczyć ją w roli cynicznej poetki, uduchowionej malarki, która podczas kolacji z rodzicami partnerami zmienia się w roześmianą trzpiotkę. Im dalej zagłębiamy się w fabule, tym intensywniej jesteśmy atakowani przez wykluczające się informacje (czasami w trakcie jednej wypowiedzi). Ale chyba najistotniejszą zmianą jest ta zachodząca w jej decyzyjności – kiedy ją poznajemy, ma zamiar zakończyć swój związek, wydaje się zdeterminowana. Jednak potem porzuca moc sprawczą i ulega czynnikom zewnętrznym. Może to jest pewna droga do interpretacji tego, co widzimy? A tak przy okazji – zauważyłeś niuans związany ze zmianami kolorystyki jej ubioru?

I'm Thinking of Ending Things Jessie Buckley

JS: Zmieniający się kolor ubrań –  od czerwieni po chłodne błękity –  odpowiada zmianie podejścia. Zresztą jeszcze ciekawiej się robi, gdy zaczniemy się zastanawiać, czyją historię tak naprawdę oglądamy. Bo choć początkowo może się wydawać, że to właśnie oczyma dziewczyny będziemy patrzeć na świat przedstawiony w filmie, to szybko zaczynamy tracić co do tego pewność. Zmiana imion, ról, ubrań – to wszystko, co wprowadza element dziwności i potrafi wybić myśli ze znajomych torów – wiąże się z faktem, że Dziewczyna jest intersubiektywnym wyobrażeniem Jake’a. Pewnym konstruktem myśli, ulotnym ideałem, który zmienia się wraz z nastrojem mężczyzny, na zawołanie. Stąd brak konsekwencji, wykluczające się informacje, a wreszcie –  odejście od początkowej decyzji. Kaufmanowi taki twist nie wystarcza i idzie jeszcze o krok dalej –  wprowadza postać woźnego (Guy Boyd), który choć pojawia się w zaledwie kilku scenach, to otwiera nowe pole do interpretacji i jeszcze bardziej gmatwa fabułę.

KK: Oszukiwanie widza na temat tego, kto jest tu głównym bohaterem jest mocno przewrotnym zagraniem, ale to nadal nie rozwiązuje wszystkich problemów, choćby właśnie postaci woźnego, który dla mnie był z całą pewnością starą wersja Jake’a (wnioskuje to na podstawie powtórzonej wypowiedzi o dzieciach ze szkolnego przedstawienia). Czy możemy założyć, że skończył samotnie, bo tak naprawdę nie interesowało go to, czego potrzebuje jego partnerka? To pewnie kolejna z interpretacji. I’m Thinking of Ending Things jest trudnym tematem do dyskusji, bo Kaufman porozrzucał tu tyle wątków, że trudno stwierdzić, które są rzeczywiście warte analizowania. Ciekawi mnie na przykład kwestia wplatania w rozmowy bohaterów cytatów z różnych socjologów i eseistów oraz filmoznawczy wywód bohaterki. Niektórzy zarzucają reżyserowi popisówkę swoją erudycją. Mi natomiast wydaje się, że te wszystkie mądre wypowiedzi są wrzucone po to, aby pokazać, że niosą za sobą taką pustkę, jak chociażby dyskusję o lodach. A w kontekście jazdy w czasie śnieżycy wypadają groteskowo. 

może pora z tym skończyć netflix

JS: Niosą wspomnianą przez Ciebie pustkę, podkreślają też sztuczność bohaterów – nie są oni prawdziwi, więc nie mają własnych przemyśleń, mówią słowami innych. Słowami ogólnodostępnymi, czerpanymi z filmów, książek, tych wszystkich tekstów kultury, którymi nasiąkł Jake i których znajomość – w jego mniemaniu – świadczy o jego nieprzeciętnej erudycji. Wracając jeszcze do pustki – gdy świat realny nie spełnia naszych oczekiwań, to często uciekamy w ten wyobrażony, a ten automatycznie splata się z naszymi fascynacjami, stąd świat Jake’a (świat w filmie) wypełniony jest cytatami, które go ukształtowały (od musicalu Oklahoma!, opowiadającego o życiu na farmie, po wiersz Bonedog o bolesnych powrotach do domu). Jake, który skończył jako woźny w szkole, mimo że miał intelektualne aspiracje, z pewnością może czuć się rozczarowany. Może pora z tym skończyć nie odnosi się tylko do związku bohaterów Buckley i Plemonsa, ale również do boleśnie rozczarowującego życia szkolnego woźnego. Niektórzy zarzucają Kaufmanowi popisywanie się, ale moim zdaniem wszystkie te elementy tworzą spójną całość i służą opowiadanej fabule, nawet mimo że w trakcie seansu nie raz widz może czuć się zagubiony w tym labiryncie. To jeden z tych filmów, które warto na spokojnie przeanalizować we własnej głowie i dopiero po takim wysiłku spróbować ocenić. Łatwo się od niego odbić w trakcie seansu, ale równie łatwo pokochać go później.

KK: Po ułożeniu sobie wszystkiego w głowie rzeczywiście jakoś łatwiej mi na niego spojrzeć przychylnym okiem, bo jednak w trakcie seansu było parę momentów, w których męczyłem się potwornie – na przykład w scenie tanecznej, owszem bardzo ładniej, ale nie dodającej aż tyle do samej historii. Choć znowu warto przypomnieć sobie wcześniejsze filmy Kaufmana – u niego wymęczenie widza, doprowadzenie go do skraju irytacji, jest jedną ze strategii twórczych. Efekt zawsze jest podobny – zamotanie, dół emocjonalny i zmęczenie. Ale chciałbym zboczyć z tematu interpretacji i emocji związanych z fabułą, a skupić się na kwestiach bardziej doznaniowych np. zdjęciach. Łukasz Żal ponownie udowadnia, że jest niesamowicie wrażliwym łowcą ujęć, w których niby prosta kompozycja łączy się z ogromną dawką emocji. 

JS: Zdjęcia Polaka, którego obrazy z Idy i Zimnej wojny Pawła Pawlikowskiego wciąż tkwią mi w głowie, dobrze współgrają z wykreowanym przez Kaufmana światem i tekstem scenariusza. Często oglądamy bohaterów w niewygodnych zbliżeniach –  mamy wręcz wrażenie, że coś tu jest nie tak, brakuje nam oddechu (zwłaszcza w małej przestrzeni samochodu, w której rozgrywa się początek filmu). Jeszcze ciekawiej robi się, gdy zmieniamy scenerię na dom na farmie – tam z kolei kamera często przyjmuje perspektywę podglądacza. Wychyla zza węgła, ukradkiem przygląda się bohaterom przez półotwarte drzwi, albo mija ich jak przypadkowych przechodniów, jakby to wcale nie o nich tutaj chodziło. Nie ma tu może spektakularnych jazd kamery albo wymyślnych filmowych tricków, ale tak jak mówisz –  kompozycyjna prostota niesie ze sobą emocjonalną głębię, często budząc niepokój i drażniąc, podkreślając dziwność tego świata. 

KK: Żadne spektakularne zabawy nie są tu potrzebne, tylko psułyby efekt tego zawieszenia w nie wiadomo gdzie i kiedy. A proste kompozycje pozwalają skupić się na grze aktorskiej. Trochę Ci wcześniej ten temat urwałem, więc w końcu wypada do niego wrócić, bo mamy tu do czynienia z potężnymi kreacjami. Oczywiście najbardziej rzuca się w oczy gra Jessie Buckley, przed którą Kaufman postawił prawdziwe wyzwanie. Zagrać postać, której natura zmienia się właściwie co chwilę, zaznaczyć każdą z tych osobowości, a jednocześnie dać poczucie ciągłości między nimi? Już ten sam opis brzmi absurdalnie trudno, a jednak Buckley udało się to wszystko uchwycić. Przyćmiewa tym dużo spokojniejszą kreację Jessego Plemonsa, ale mu też należą się słowa uznania. W ogóle lubię przyglądać się jego powoli, ale skutecznie rozwijającej się karierze, która rozpoczęła się tak naprawdę od roli Todda w Breaking Bad. Przezywany “Grubym Mattem Damonem” i pozbawiony typowej hollywoodzkiej urody od lat buduje swoją pozycję grając wyraziste postaci drugoplanowe. Teraz w końcu miał szansę wykazać się w głównej roli.

Może pora z tym skończyć

JS: Dodajmy do tego momentami absurdalnie przeszarżowane role Toni Collette i Davida Thewlisa, a otrzymujemy aktorskie tour de France. Całościowo Może pora z tym skończyć to ponadprzeciętny pokaz wyobraźni i wrażliwości Kaufmana, który udowadnia, że pozostaje jednym z ciekawszych i najbardziej niedocenionych twórców w Hollywood. Film potrafi zmęczyć i łatwo postawić na nim krzyżyk – zarzucić bełkotliwość, zbytnie efekciarstwo, pretensjonalność czy artystyczne zmanierowanie. Wystarczy jednak trochę otwartości umysłu i odbiorczej cierpliwości, by odnaleźć w filmie Kaufmana dużo dobra. Mam nadzieję, że reżysera – mimo wielu finansowych porażek i mieszanych recenzji – nigdy nie dopadają wątpliwości wyrażone w tytule jego najnowszego filmu. Ja jestem w jego dziełach zakochany bez pamięci i czekam na kolejne.

KK: Ja natomiast mam nadzieję, że wątpliwości nigdy go nie opuszczają, bo świadczyłoby to o braku szczerości, tak istotnej w jego filmach. Świadomość oglądania brutalnie prawdziwej wiwisekcji wiecznie umęczonego sobą samym autora, to jeden z najważniejszych elementów w tym kinie. Autor próbuje zaprosić widza prosto do swojego wybitnie zamotanego umysłu i to pozwala przeżyć te bardziej męczące fragmenty. Trochę żartuję i mam nadzieję, że Kaufman znajduje dla siebie chwilę wytchnienia, ale na pewno nie chcę jej obserwować w kolejnych pisanych przez niego produkcjach.

Jeśli spodobała się Wam taka forma dyskusji to serdecznie zapraszam do poprzedniej odsłony poświęconej The Last of Us Part II (link po kliknięciu w grafikę).

The Last of Us Part II okładka

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien