Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, czyli cud się ziścił

 Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera, czyli cud się ziścił

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera w końcu przestała być mitem i stała się faktem. Czy sprostała legendzie, która wokół niej wyrosła?

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera nigdy nie interesowała mnie zbytnio jako film sam w sobie. Nie wyczekiwałem z wypiekami momentu, w którym będę mógł się przekonać, czy końcowy efekt wart był tego całego szumu, który wytworzył się wokół niej w ciągu kilku ostatnich lat. Przynajmniej nie w takim typowo kinofilskim sensie. Co innego, gdy spojrzeć na nią jako doskonałe podsumowane pięknej katastrofy, jaką od prawie samego początku swojego istnienia jest DC Extended Universe, tu było na co czekać. Historia dziwacznych decyzji, zawirowań i kolejnych wpadek związanych z tym bardzo ambitnym (tego nie będę negował) projektem wciąż mnie zadziwia i jest o wiele interesująca niż którykolwiek z dziewięciu filmów (nawet nie zdawałem sobie sprawy, że już tyle się ich uzbierało), jakie do tej pory weszły w jego skład. Ta opowieść stanowi doskonały przykład na to, że Hollywood wciąż jest bardzo nieobliczalnym miejscem, a niesnaski koncepcyjne na linii reżyser-wytwórnia są w stanie pogrzebać nawet najlepiej zapowiadający się pomysł. Z dzisiejszej perspektywy ten burdel wydaje się oczywisty, ale przenieśmy się najpierw osiem lat wcześniej, kiedy wszystko jeszcze wydawało się możliwe, a łączone filmowe uniwersa wciąż były się czymś ekscytującym.

Henry Cavill Superman

Nowe rozdanie filmów DC początkowo zapowiadało się całkiem nieźle. Co prawda Człowiek ze stali nie przypadł mi do gustu, bo patos serwowany przez Snydera już wtedy był dla mnie nieznośny, ale nadal jestem w stanie zrozumieć, dlaczego niektórym ten film mógł się podobać. Zwłaszcza jeśli przypomnieć sobie, że fani postaci Supermana wciąż mieli dość świeże wspomnienia o koszmarku, jakim okazał się Superman: Powrót z roku 2006. Co by nie mówić o Snyderze, to trzeba mu oddać, że rzeczywiście stworzył mocno autorski film superhero, a jego pompatyczność, mrok i “poważniejsze” podejście do tematu odróżniały go od tego, co oferował wówczas Marvel (pamiętajmy, że było to już rok po premierze Avengers). Myślę, że wtedy byłem jeszcze w stanie uwierzyć, że Snyder oraz stojące za nim Warner Bros mają jakąś spójną wizję i plan jak wprowadzić ją w życie. Na jej ogłoszenie nie trzeba było czekać zbyt długo. Niedługo po premierze Człowieka ze stali oficjalnie zapowiedziano kontynuację, a zaraz potem ujawniono, że pojawi się w niej Batman (co było akurat pierwszym znakiem ostrzegawczym, że komuś się bardzo spieszy). Natomiast w październiku 2013 roku Warner Bros ogłosiło tytuły i daty premier dziesięciu filmów z uniwersum DC, które miały pojawić się w latach 2016–2020. Brzmiało ambitnie, ale skoro Disneyowi się udało to, czemu tego wyczynu nie miałaby powtórzyć inna wytwórnia? Jak się okazało, odpowiedzi na to pytania znalazło się aż nadto.

Przeskakujemy do roku 2016 (swoją drogą, trzy lata między przerwy pomiędzy dwoma pierwszymi filmami z uniwersum to trochę dziwna strategia). Do kin wchodzi Batman v. Superman: Świt sprawiedliwości, który w założeniu miał być drugą z pięciu części monumentalnej sagi reżyserowanej przez Zacka Snydera (potem miały nastąpić trzy części Ligi sprawiedliwości wspieranej przez solowe filmy o konkretnych bohaterach). Jednak premiera filmu o pierwszym spotkaniu Mrocznego Rycerza i Ostatniego Syna Kryptonu okazała się wiadrem lodowatej wody wylanym na głowy rozpalonych tą wizją. Obraz został z miejsca zjedzony przez krytykę i stał się obiektem niezliczonej ilości internetowych dowcipasków, choć jednocześnie zarobił swoje (872,7 miliona USD wystarczy, aby zadowolić studio) i nadal ma swoich obrońców wśród zagorzałych fanów DC. Ja byłem załamany (recenzja sprzed lat tutaj), a seans wspominam jako jeden z nielicznych, na których wymknęło mi się dość głośne “ja pierdolę” (w “kultowej” scenie z ratowaniem Marthy). Nie chodziło już nawet o tę nieznośną tendencję Snydera do podkręcania mroczności i wzniosłości każdej możliwej sceny. To był jeden wielki fabularny bajzel wynikający z tego, że oprócz opowiadania właściwej historii miał służyć jako prawdziwy wstęp do uniwersum. Dlatego otrzymaliśmy hybrydę, która była po trochu kontynuacją Człowieka ze stali wprowadzeniem postaci Batmana oraz czymś w stylu wersji demonstracyjnej Wonder Woman. To już samo w sobie wydawało się być wciśnięte w jeden w film na siłę, ale kiedy okazało się, że już na tym etapie wprowadzony zostaje Doomsday i śmierć Supermana widoczna stała się ambicja Warner Bros, aby w ekspresowym tempie zrobić to, co MCU zajęło osiem lat i trzynaście filmów (w tym samym czasie premierę miał Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów). Co gorsze, to była dopiero zapowiedź tego, co pod tym względem miała zaprezentować Liga sprawiedliwości.

Cztery miesiące po Batman v Superman do kin trafił Suicide Squad, czyli pierwszy “niezależny” obraz wchodzący w skład DCEU. Decyzja, aby tę misję powierzyć filmowi opowiadającemu o mało znanej (poza Harley Quinn) drużynie wydawał się ryzykownym, ale też całkiem odważnym krokiem ze strony wytwórni (Marvel zrobił coś takiego dopiero przy swoim dziesiątym filmie, czyli Strażnikach galaktyki). Według zapowiedzi produkcja miała być szalona, dziwna i mocno niegrzeczna, w czym pomóc miał niepoprawny reżyser w postaci Davida Ayera. Od początku wydawało się to trochę wymuszone, ale miało szansę się udać. Niestety efekt był chyba jeszcze gorszy niż w przypadku Batman v Superman. Jedynymi elementami godnymi zapamiętania okazały się Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie (choć ona lśni prawie zawsze) i komicznie przerysowana wersja Jokera granego przez Jareda Leto. To wszystko nie napawało optymizmem. Jednak w 2017 roku pojawiła się mała iskierka nadziei w postaci Wonder Woman, która dla odmiany została przyjęta całkiem ciepło także przez krytyków. Dla mnie to wciąż był superbohaterski średniak (choć zdecydowanie lepszy od np. pierwszych dwóch części Thora), ale przynajmniej w końcu otrzymaliśmy film z DCEU, który rzeczywiście mógł uchodzić za nie napisany na kolanie. Może dlatego, że w końcu dano nam szansę aby lepiej poznać bohaterkę i dać wybrzmieć samej historii? Ten optymizm wobec uniwersum nie trwał jednak długo, bo kilka miesięcy później do kina trafiła Liga sprawiedliwości, która dobitnie uświadomiła, że jesteśmy świadkami próby opanowania wykolejonego pociągu zmierzającego prosto w przepaść.

Do Bena Afflecka w końcu dotarło, w co się tak naprawdę wpakował.

Historia zawirowań zawirowań produkcyjnych wokół Ligi Sprawiedliwości jest na tyle zamotana, że nie warto jej tu przedstawiać w szczegółach, więc ograniczę się do jej najważniejszych punktów: włodarze Warner Bros byli niezadowoleni z krytyki Batman v Superman i obawiali się, że obrany przez Snydera kierunek sprawi, że seria będzie zbyt mroczna i poważna dla większości widzów (czyli inaczej: chcieli takich filmów jak u konkurencji). Scenariusz był przepisywany już w trakcie kręcenia, do głosu w sprawach kreatywnych dopuszczano coraz więcej osób, a między Snyderem i producentami dochodziło do coraz większych kłótni. Ostatecznie, już na etapie post-produkcji, Snyder zrezygnował z roli reżysera. Oficjalnym powodem ku temu była osobista tragedia – samobójcza śmierć dwudziestoletniej córki Autumn. Na jego miejsce zatrudniono Jossa Whedona, który po wyreżyserowaniu dwóch części Avengers uchodził za speca od superbohaterskich ekip. To wiązało się z dodatkowymi dwoma miesiącami dokrętek. Z tymi kolei związane są historie zarówno zabawne, jak cyfrowo usuwany wąs Supermana (Henry Cavill w tym czasie brał udział w zdjęciach do Mission Impossible: Fallout i według kontraktu nie mógł go zgolić), ale też traumatyczne, związane z informacjami na temat koszmarnego, przemocowego zachowania Whedona na planie. Do tego dochodził widoczny spadek formy Bena Afllecka (różnice widać gołym okiem) oraz pełno pomniejszych komplikacji.

Nic dziwnego więc, że wypuszczona do kin pod koniec 2017 roku Liga Sprawiedliwości okazała się kolejnym filmem DCEU, w którym panował kompletny bajzel sprawiający wrażenie, jakby nikt nigdy nie ujął go w jakieś konkretne ramy. Prostacka (nawet jak na standardy konwencji) fabuła “zły kolo zbiera magiczne przedmioty, ci dobrzy muszą go powstrzymać”, zupełnie bezbarwny villain (nawet Malekith z drugiego Thora to przy nim fascynująca postać), brak czasu na odpowiednie wprowadzenie nowych postaci (szczególnie Aquamana i Cyborga, którzy sobie po prostu byli) i multum postaci drugoplanowych pojawiających się w jednej scenie – trudno było się zorientować, czemu to właściwie ma służyć. Do tego wprowadzone przez Wheedona śmieszki pasowały do atmosfery historii jak pięść do nosa. Efektem tego był film zupełnie nijaki, pozbawiony mocnego szkieletu, przez co zupełnie nie angażujący emocjonalnie. Do tego Liga Sprawiedliwości okazała się sporą klapą finansową – co prawda zarobiła prawie 657,9 miliona dolarów, ale przy produkcji kosztującej 300 milionów dolarów oraz kosztach marketingowych był to wynik zdecydowanie poniżej oczekiwań Warner Bros. Sen o epickiej sadze Snydera rozpadł się na oczach milionów widzów na całym świecie. 

Ben Affleck Batman

Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, nie należę do miłośników DC Extended Universe, ale to nie znaczy, że nie znalazłem tam niczego, co by mi się podobało. Na przykład bardzo polubiłem tę wersję Batmana (a może bardziej Bruce’a Wayne’a), zwłaszcza na początku Batman v Superman (Scena, w której Wayne obserwuje niszczone Metropolis jest chyba najlepszą w całym filmie). Podobało mi się to brutalne, bardziej konkretne wcielenie Gacka oraz siwiejący, wyraźnie zmęczony Bruce. Tak samo lubiłem Alfreda (i świetnie odgrywającego go Jeremiego Ironsa) jako rzeczywistego pomocnika, a nie tylko miłego staruszka. Możliwe, że na rozbudzenie tej sympatii spory wpływ miały historie o tym, jak bardzo z tym projektem był związany sam Affleck. Wizja komiksowego nerda, który po zagraniu w jednym gniocie (Daredevilu) dostał kolejną szansę wcielenia się jednego z najbardziej ikonicznych superbohaterów jakoś do mnie przemawiała. Te wszystki plotki o tym, że pisał scenariusz przebrany w kostium itd. było w tym coś uroczego. Do tego sam miał zająć się reżyserowaniem (wychodzi mu to o wiele lepiej niż aktorstwo) The Batman, co sprawiało, że był to chyba jedyny film z całego uniwersum, na który rzeczywiście czekałem. Niestety, tutaj także na drodze stanęły zarówno różnice kreatywne, jak i osobiste problemy. Okres kręcenia Ligi Sprawiedliwości zbiegł się z nasilającym się alkoholizmem i bardzo dużym spadkiem formy Afflecka. Ten emocjonalny ciężar sprawił, że ostatecznie wycofał się z roli Batmana (co zostało ogłoszone w styczniu 2019 roku, teraz oczekujemy na kolejny reboot, w którym zagra Robert Pattinson). Jak sam wspomniał “I showed somebody ‘The Batman’ script,” Affleck said. “They said, ‘I think the script is good. I also think you’ll drink yourself to death if you go through what you just went through again.”. Ben ma się podobno pojawić jeszcze w The Flash (premiera w 2022 roku), czyli kolejnym rodzącym się w bólach filmie z uniwersum, którego premiera przesuwana jest od lat.

Wróćmy jednak do perypetii związanych z Ligą sprawiedliwości. Wydawać by się mogło, że film, który rozczarował prawie wszystkich zostanie po prostu zapomniany, jak tysiące nieudanych produkcji przed nim. Zamiast tego narodziła się jedna z najdziwniejszych legend współczesnej popkultury. W czym pomógł sam Zack Snyder, który powiedział, że to co widzieliśmy w kinie to tylko jedna czwarta przygotowanego przez niego materiału i ta wersja ma niewiele wspólnego z jego pierwotną wizją. Fani, już wcześniej zwalający winę na Warner Bros i Whedona (w sumie słusznie), bardzo szybko przyjęli wizję istnienia Snyder Cut, prawdziwego super bohaterskiego dzieła, które leży gdzieś w piwnicach Warner Bros. Niedługo po premierze pojawiła się petycja #ReleaseTheSnyderCut, która była wspierana także przez obsadę oraz członków ekipy filmowej. Sprawa zaczęła rozrastać się w błyskawicznym tempie, choć dla większości wciąż wyglądała jak obsesja rozgoryczonych nerdów, których nikt nie zamierza traktować poważnie. Mityczny Snyder Cut brzmiał trochę, jak potwór z Loch Ness albo doniesienia na temat ukrywania kosmitów przez rząd USA. Co było skutkiem zachowania niektórych członków tego “ruchu” (mocne słowo), którzy produkowali coraz to nowsze teorie spiskowe na temat tego, jak to całe Hollywood zmówiło się, aby ukryć przed światem prawdziwy geniusz Snydera. Lekko tu przesadzam, bo w większości było to jednak zwykłe fanowskie męczenie buły, ale te najbardziej agresywne wpisy stanowią dobrzy przykład na to, jak toksyczni i roszczeniowi stali się członkowie niektórych fandomów.

Przyznam się bez bicia, że sam byłem przekonany o tym, że żaden Snyder Cut nie istnieje, przynajmniej w formie rzeczywiście nadającej się do wyświetlenia (co okazało się po części prawdą) i sprawa po jakimś czasie ucichnie. Tutaj muszę rzeczywiście docenić marketingowe zacięcie samego Snydera, który bardzo umiejętnie podsycał legendę wytworzoną wokół własnego filmu. Na jego Twitterze zaczęły się pojawiać niewykorzystane nigdzie kadry, a członkowie ekipy, w tym Ben Affleck, Gal Gadot i Jason Momoa zapewniali, że Snyder Cut istnieje i powinien zostać pokazany światu. Warner Bros długo wstrzymywało się przed podjęciem tej decyzji, ale na początku 2020 roku ugięło się i pozwoliło Snyderowi wrócić do Ligi Sprawiedliwości, aby doprowadził ją do formy, jaką miała mieć od samego początku. Co wiązało się z dość sporymi kosztami – nowe efekty komputerowe, montaż, ścieżka dźwiękowa oraz kilka dokrętek (wbrew plotkom to zaledwie kilka minut jednej sceny) pochłonęły kolejne 70 milionów dolarów, przez co można uznać, że Liga Sprawiedliwości jest drugim najdroższym filmem w historii (pierwsze miejsce wciąż zajmują Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach, których budżet wyniósł 378 milionów dolarów). Ten dodatkowy koszt jest dość znaczący biorąc pod uwagę fakt, że film ostatecznie trafił na HBO Max (u nas wciąż HBO Go).

16 marca nastał długo oczekiwany dzień cudu. Słowo stało się ciałem, wyśmiewane legenda okazała się prawdziwa, mesjasz kino superbohaterskiego stąpił na ziemię rzucając z tronu fałszywego proroka. Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera pojawiła się na HBO Go i wszyscy dostąpiliśmy zaszczytu poznania prawdy. Czterogodzinne filmowe monstrum, które było jak woda dla wszystkich spragnionych kina superbohaterskiego w czasie covidowej posuchy. Dobra, porzućmy te subtelne niczym sam pan reżyser porównania i skupmy się na samym filmie. Choć to też nie jest takie proste, bo w końcu mowa o produkcji, która z założenia musi być porównywana do tego, co oglądaliśmy już wcześniej. Gdy poczyta się trochę opinii/recenzji to łatwo zauważyć, że większość z nich nie zaczyna się od odpowiedzi na pytanie “Czy to dobry film” tylko “Czy otrzymaliśmy coś lepszego od wersji Whedona”. Zresztą sam nie zamierzam się wyróżniać i zrobię to właśnie w takiej kolejności.

Tak, Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera jest znacząca lepsza od potworka, który trafił do kina w roku 2017 roku, co do tego w Internecie panuje spora zgoda (co samo w sobie zakrawa na cud). Zacznijmy od najważniejszego – w końcu czuć, że jest to produkcja, za którą stoi jakaś wizja (do tego, czy jest dobra wrócimy zaraz), która została zrealizowana, a nie porzucona gdzieś w połowie drogi. Większość przedstawionych wątków w końcu jest odpowiednio rozwinięta albo chociaż ma jakikolwiek sens. Misja Steppenwolfa jest podbudowana solidnym zapleczem Darkseida, a cało ganianie za magicznymi kostkami ma jakiś szerszy kontekst. Wprowadzeni w tym filmie członkowie Ligii (Cyborg, Aquaman i Flash) dostali czas, abyśmy mogli choć trochę ich poznać, a ich rola w ratowaniu świata nie ogranicza się tym razem tylko do wskrzeszenia Supermana (co bardzo raziło w wersji Whedona). Jest tu kształt, prawdziwa fabuła, a kilka scen, szczególnie w drugiej połowie filmu potrafi dać sporo frajdy. Czy jednak poprawienie tragicznych błędów poprzednika wystarczy, aby uznać, że Snyder rzeczywiście dostarczył nam obraz wybitny i warty całego tego zamieszania? Absolutnie nie.

Zdaję sobie sprawę z tego, że istnieją widzowie, na których styl reżyserski Zacka Snydera działa. To jego dążenie do tego, aby każda scena była jak najbardziej monumentalna i wzniosła. Ok, to w końcu jeden z nieodłącznych elementów hollywoodzkiego kina, którego urokowi sam często się poddaję. Jednak Snyder nie zna żadnego umiaru w dozowaniu tych wszystkich “klimatycznych” zabiegów. Nawet jeśli niektóre z jego sztuczek działają, to przeciąga je stosowaniu do momentu, w którym zmieniają się w parodię samych siebie. Najlepszym przykładem jest jego (mocno wyśmiewane) zamiłowanie do scen w slow motion, których natężenie tym razem osiągnęło karykaturalny poziom. Ktoś zdążył już wyliczyć, że zebrane do kupy stanowią one 10% całego filmu. To naprawdę dużo zwolnionego tempa. I o ile część z nich jestem w stanie zrozumieć, bo wynikają z tego, że obserwujemy świat z perspektywy Flasha, to takie smaczki jak Lois Lane sięgająca sięgająca po kawę wywołują już ciarki zażenowania. Innym przykładem może być zaśpiew bojowy pojawiający się za każdym razem kiedy Wonder Woman wkracza do akcji. Czy za pierwszym razem jest to klimatyczne? Owszem, ale za szóstym zaczyna śmieszyć. Do tego oczywiście dochodzą takie klasyki, jak dużo padającego deszczu, mroczne filtry i pompatyczny soundtrack mające sprawić, abyśmy choć przez chwilę nie zapomnieli o tym, jak poważne dzieło oglądamy. Jednak jeśli ta wersja nadal wydaje się Wam za mało pretensjonalna, to przypominam, że na HBO pojawiła się także opcja czarno-biała, której istnienia nie jestem w stanie w żaden sposób uargumentować.

Fani broniący filmów Snydera zazwyczaj wysuwają argument, że miłośnicy “kolorowego i łatwego” Marvela nie są w stanie ich docenić, bo są dla nich zbyt “poważne i dojrzałe”. Za każdym razem, kiedy widzę taką wypowiedź, to zastanawiam się: gdzie właściwie jest skryta rzekoma dojrzałość tych opowieści? Kiedy obedrzeć je z tych wszystkich efektów wizualnych, braku humoru i tonu narzucanego przez formę, to pozostaje nam historia równie banalna, co w większości trykociarskich historii. Przecież to prosta jak konstrukcja cepa historia o grupie superbohaterów walczących z wielkim złym typem, za którym stoi jeszcze większy zły typ. Do tego ich jedynym planem jest zebranie magicznych przedmiotów i zniszczenie za ich pomocą świata. Nie ma tu żadnych moralnych rozterek bohaterów, prób kuszenia ich przez zło, czy choćby zmuszenia ich do osobistych poświęceń. Przecież tutaj nawet zagrożenie dla ludzkości jest mało odczuwalne – owszem ktoś tam wspomina, że Parademony porywają ludzi, ale większość starć rozgrywa się w jakichś kanałach i silosach, gdzie nikt nie może ucierpieć. Czy może mrok skrywa się tu w próbie wskrzeszenia Supermana? I tak wiem, że ten dziwaczny epilog z wizją Batmana, w której rozmawia z Jokerem o śmierci i cierpieniu wielu postaci sugeruje, że to co naprawdę ciężkie mało nadejść później, ale to nadal nie zmienia faktu, że sama Liga Sprawiedliwości nie jest jakoś szczególnie doroślejsza od tego, co serwuje MCU.

Duży problem mam także z długością filmu, albo raczej z tym, jak ten czas został wykorzystany. Cztery godziny, jeśli nie tworzysz opartego na kontemplacji slow cinema, to metraż, który wymaga twórcy tego, aby opowiadana historia była wciągająca od samego początku. Natomiast Snyder wykorzystuje pierwszą połowę swojego filmu do ciągłych ekspozycji, przedstawiania poszczególnych postaci i ogólnego przygotowywania scenerii pod o wiele żwawszą i wciągającą drugą połowę. I owszem, kiedy już to wszystko się rozkręci, to można docenić, że to całe przedstawienie oraz tłumaczenie wszystkich wątków miało jakiś cel. Jednak jeśli scenariusz zakłada to, że widzowie muszą najpierw poświęcić dwie godziny, aby potem dostać to, czego naprawdę oczekują, to świadczy o tym, że ten plan był zły w samych założeniach. Dla mnie jest to też efekt wspomnianego już wcześniej pośpiechu i ciśnienia na to, aby jak najszybciej móc wystartować z całym filmowym uniwersum.

Oddam Snyderowi to, że jego uparcie się na użycie nietypowego (zwłaszcza na streamingu) formatu 4:3 rzeczywiście dodaje Lidze Sprawiedliwości dość intrygującego sznytu. Argument o tym, że superbohaterowie wyglądają o wiele lepiej, kiedy przedstawia się ich w pionie okazał się trafny. Co nie zmienia faktu, że jest to film wizualnie bardzo dziwny, zwłaszcza biorąc pod uwagę jego gigantyczny budżet. Bo o ile ostatecznie nawet sam Steppenwolf nie wygląda aż tak tragicznie, jak sugerowały to pierwsze zdjęcia, to wszystkie wizualizacje związane z Darkseidem przypominają cutscenki z gry sprzed dwudziestu lat. Szczególnie widać to w scenie opowiadającej o jego pierwszym przybyciu na Ziemię oraz wielkiej bitwie, która się wtedy odbyła. Sztuczność i koślawość użytego w niej CGI sprawia, że równie dobrze mogłaby ona posłużyć jako intro w jakiejś części Heroes of Might and Magic. Choć znalazło się miejsce też na całkiem fajne wizualne smaczki, jak chociażby jedna z finałowych scen z Flashem. Inną kwestią pozostaje to, jak chaotycznie nakręcone zostały sceny walki – podczas fragmentów pokazujących atak na siedzibę Steppenwolfa łapałem się na tym, że nie jestem w stanie się zorientować w pozycjach zajmowanych przez członków Ligii. Miałem wrażenie, że to zlepek losowych scen, które rzucają ich z jednego miejsca na drugie bez zbytniego silenia się na choćby minimalną próbę ogarnięcia tego bałaganu.

Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera pozostaje dla mnie popkulturową wersją mema “Widziszy, to moglibyśmy być właśnie my, ale nieee”. Snyder nie tylko udowadnia za sprawą tego filmu swoją rację (w końcu oceny są zaskakująco pozytywne), ale uświadamia też wszystkim fanom, jakie świetlana przyszłość mogłaby czekać DC Extended Universe, gdyby tylko wszystko poszło według pierwotnego planu. Widać to szczególnie po scenach, które nie wznoszą nic do samego filmu, ale stanowią zapowiedź dalszych części (wspomniana scena z Jokerem czy pojawienie się Martian Manhuntera). Reżyser mógłby spokojnie skleić film tak, aby mimo wszystko stanowił zamkniętą całość. Jednak jego ambicja najwidoczniej na to nie pozwoliła i musiał ukazać fanom, że stracili o wiele więcej niż mogłoby się początkowo wydawać. I tym razem już żadne petycje nie pomogą, następne części Ligi Sprawiedliwości zostaną marzeniem, które zapewne też przybierze formę niespełnionego ideału. I może tak będzie dla wszystkich najlepiej.

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć ich powstawanie za sprawą postawienia symbolicznej (5 zł) kawy to kliknij poniżej🙂

This image has an empty alt attribute; its file name is d0rgNlJQ.png

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien