Pewnego razu … w Hollywood, czyli wolnoć Tomku w swoim domku

 Pewnego razu …  w Hollywood, czyli wolnoć Tomku w swoim domku

Pewnego razu… w Hollywood dość mocno podzieliło widzów. Jedni są zachwyceni tym specyficznym listem miłosnym, inni zaś uważają go za pozbawioną historii wydmuszkę. Ja tym razem stanąłem po stronie sympatyków nowego filmu Tarantino.

 

Uwaga! Tekst skierowany jest do osób, które już widziały film i nie muszą obawiać się spoilerów.

Dyskusja o każdym nowym filmie Quentina Tarantino to dość ciężkie zadanie i to przynajmniej z kilku powodów. Pierwszym z nich jest sam status reżysera i kult, którym otoczone jest kino w jego wykonaniu. Tarantino to jeden z twórców mających nie fanów, a wyznawców. To sprawia, że każdy wyreżyserowany przez niego obraz zostanie okrzyknięty arcydziełem przez całkiem liczną grupę odbiorców. Co z kolei prowadzi do naturalnego powstawania zjawiska antyfanów, którzy będą krytykowali jego filmu po to, aby pokazać swoją niechęć do ślepego uwielbienia. Już te dwie grupy wystarczą, aby wytworzyć szum, w którym giną argumenty osób postronnych, a przecież można dodać do tego jeszcze inną specyficzną zgraję, czyli ekspertów od tego, jakie elementy składają się na “prawdziwy film Tarantino”.  I w sumie od dyskusji z tymi ostatnimi chciałbym zacząć swoje dość luźne przemyślenia związane z nostalgiczną podróżą do końcówki filmowych lat sześćdziesiątych. 

Mało Tarantino w tym Tarantino 

Czytając o tym, że w Dawno temu  … w Hollywood jest filmem, w którym widać bardzo mało Tarantino zastanawiam się, czy przypadkiem mowa o tej samej produkcji. Rozumiem, że  według powszechnej opinii obowiązkowymi elementami jego kina są przerysowana przemoc, ostre jak brzytwa dialogi i ogólna wulgarność świata przedstawionego. Jest w tym sporo prawdy, ale jednocześnie wydaje mi się to bardzo niesprawiedliwe i ograniczające. Dawno temu w … Hollywood dość mocno ogranicza te elementy (poza finałem trzeciego aktu), ale jednocześnie kładzie nacisk na inne podwaliny kina Tarantino. Pierwszym z nich jest zamiłowanie do kina gatunkowego i przywracanie należnego mu statusu w historii przemysłu filmowego. Przecież w tym filmie bardzo mało jest mowy o wielkim, artystycznym kinie, właściwie pojawia się ono tylko w kontekście postaci Romana Polańskiego. Zarówno Rick Dalton, jak i Cliff Booth żyją na obrzeżu bajkowej Fabryki Snów, żywiąc się odpadkami z pańskiego stołu. To jest opowieść o kinie i twórcach żyjących w cieniu prawdziwego blasku, mogących tylko o nim pomarzyć (cudowna scena z opowieścią o możliwości angażu w Wielkiej ucieczce). To pewien hołd wobec ludzi związanych z pulpowym kinem gatunkowym, którzy po latach są ponownie odkrywani i tym razem traktowani poważnie, w czym sporo jest zasługi samego Tarantino. 

Fabuły za dużo tu nie ma 

To prawda, historia opowiedziana w Pewnego razu … w Hollywood nie należy do szczególnie rozbudowanych i skomplikowanych, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że film trwa prawie trzy godziny. Bardziej niż z solidną fabułą mamy tutaj do czynienia z ruchomą pocztówką/listem miłosnym skierowanym w stronę. Tarantino zrywa się z fabularnej smyczy i pozwala swojemu nowego obrazowi po prostu trwać, zapraszając widzów do środka. Rozumiem w pełni, że dla wielu odbiorców może to być wybitnie nużące, ale dla mnie ta powolna wycieczka była niesamowicie wręcz relaksująca. Myślę, że nie przeszkadzałoby mi nawet, gdyby fabuła w ogóle się urwała i poszła gdzieś bokiem wzorem filmów Antonioniego. Jednak niezbyt kumam, jak może to zostać użyte jako argument “to nie jest Tarantino”. Przecież od samego początku jednym z jego znaków rozpoznawczych są właśnie sceny, które nie wnoszą nic konkretnego do opowiadanej historii, właściwie zbędne z punkty widzenia ciągłości fabuły. Tutaj po prostu nastąpiło uwypuklenie tego aspektu do formy obejmującej prawie cały film.  Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że Tarantino stworzył ten film na przekór pewnej grupie odbiorców i świetnie się bawił pokazując, że nie musi wcale spełniać ich oczekiwań.

Główny bohater 

pewnego razu w hollywood di caprio

Chyba największym zaskoczeniem okazało się dla mnie to, jak bardzo ludzki i niepasujący do typowych postaci Tarantino jest tym razem główny bohater filmu. Trochę przemyślałem temat i doszedłem do wniosku, że to chyba pierwsza główna postać u Quentina, która wydaje się być prawdziwym człowiekiem, a nie nierealnym konstruktem (może poza Jackie Brown). Nie zrozumcie mnie źle – Tarantino jest geniuszem w kwestii tworzenia wyrazistych, świetnie napisanych charakterów, ale zazwyczaj czuć w nich to, że żyją tylko w czasie konkretnej fabuły, są po prostu zbyt wycelowani w stworzenie dobrego wrażenia. Trudno wyobrazić sobie, że Vincent i Jules z Pulp Fiction funkcjonują gdzieś w normalnym świecie. Natomiast Rick Dalton jest postacią jak najbardziej realną, może dlatego, że jest tak smutnym i taplającym się we własnej żałosności osobnikiem. To jeden z nielicznych bohaterów Taranitno, który nie byłby w stanie wygłosić zajebistego monologu lub wziąć udział w ostrej jak brzytwa wymianie zdań, bo zbyt mocno powątpiewa w swoją wspaniałość. Warto też zwrócić uwagę na symboliczne znaczenie tej postaci w kontekście samego Tarantino, który sam przywrócił do kinowego świata sporą grupkę takich Daltonów. Wystarczy wspomnieć Johna Travoltę, Kurta Rusella czy Davida Carradine’a.

Wątek Sharon Tate 
pewnego razu w Hollywood Margot Robbie

Czas przejść do chyba najbardziej kontrowersyjnego wątku związanego z Pewnego razu… w Hollywood, czyli historii Sharon Tate. Muszę przyznać się, że byłem prawie pewien, iż Tarantino pokaże nam brutalny mord na aktorce i miałem pewne moralne wątpliwości, czy takie kino jest odpowiednim miejscem na rozgrzebywanie tej tragedii. Już czasie seansu zacząłem podejrzewać, że ponownie zostanie odstawiony fikołek z Bękartów wojny, a bohaterce nic złego się nie stanie, co ostatecznie się sprawdziło. Jednak sposób rozwiązania, na granicy parodii, wątku bandy Charlesa Mansona dla wielu ludzi nadal pozostaje mocno kontrowersyjny. To dość śliski temat, ale bliżej mi chyba do uznania tego, że Tarantino w ten sposób krytykuje także wykorzystywanie pewnych zdarzeń w popkulturze i to często w sposób urągający ofiarom i ich bliskim. Możliwe, że znajduje w tym wszystkim miejsce dla krytyki samego siebie, o czym może świadczyć rozmowa na temat wychowania w kulcie przemocy odbywająca się przed samym napadem. W Pewnego razu… w Hollywood sprawa Sharon Tate stanowi element baśniowy i symboliczny moment pokazania, kiedy Hollywood na zawsze utraciło pewien rodzaj niewinności. Oto piękna, młoda i utalentowana kobieta, która niczym księżniczka z bajki poznaje księcia i zaczyna mieszkać w nim w pałacu. Tarantino podchodzi do tego wątku bardzo, jak na swoje standardy, ckliwie i ze specyficzną czułością. Po głębszym zastanowieniu, można dojść do wniosku, że w filmie można odnaleźć więcej prób stworzenia takiej hollywoodzkiej bajki. Takiej bajki, w której nikomu nie dzieje się krzywda, jedno przyjęcie może zmienić karierę zapomnianego aktora, a seksualne wykorzystywanie nieletnich po prostu się nie godzi.  I biorąc pod uwagę szyderczą i obrazoburczą naturę reżysera, jest w tym wszystkim jakieś zaskakujące szczere przyznanie się do tęsknoty za tym światem, który nigdy nie miał prawa zaistnieć.

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien