Spróbujmy jeszcze raz

 Spróbujmy jeszcze raz

Napisany głównie dla samego siebie post o tym, jak postanowiłem pozbyć się pewnych ambicji związanych z blogowaniem i w ten sposób odnaleźć ponowną radość z pisania.

Zaczynam ten wpis ze świadomością, że prawdopodobnie nikt do niego nie zajrzy, bo czemu miałoby się to wydarzyć? Blog w takiej formie jest już od dawna właściwie martwy, teksty pojawiają się ty z częstotliwością kilku do roku, a ja nie mogę się zmusić, aby tę sytuację zmienić. Doszedłem do momentu, w którym każda próba stworzenia dłuższego, blogowego tekstu jest dla mnie równoznaczna z niesamowitym napięciem, frustracją i wściekłością spowodowaną niemożnością. Z jednej strony mam świadomość, że taka forma internetowej twórczości odchodzi (jeśli już dawno tego nie zrobiła) do lamusa i mało kto na nią czeka. To żadne odkrycie, ale z jakiegoś powodu mam w głowie zakodowaną potrzebę pokazania światu, że jest inaczej. To z kolei prowadzi do snucia wizji i planów, które z powodu wewnętrznej blokady nie jestem w stanie zrealizować. Ten wewnętrzny przymus tworzenia “czegoś więcej” w końcu doprowadził do tego, że zupełnie straciłem przyjemność z pisania tych długich tekstów – stały się dla mnie przykrym obowiązkiem, którego nikt ode mnie nie wymaga. Dlatego stwierdziłem, że czas podejść do sprawy inaczej – popróbować potraktować to miejsce ponownie jako pole dla radosnej pisaniny, która nie musi spełniać żadnych wygórowanych wymagań. Skoro i tak mało kto tu zagląda, to co za różnica. Ta myśl jest bardzo wyzwalająca, a pisany właśnie tekst jest pierwszym krokiem ku tej wolności i próby odnalezienia tej pierwotnej radości.

Skąd ta nagła zmiana w myśleniu? Niedawno minęło siedem lat od kiedy zebrałem się w garść i postanowiłem rozpocząć moją blogową karierę. W styczniu 2015 roku napędzała mnie głównie naiwna wiara, że moja pisanina o popkulturze będzie na tyle ciekawa, że tłumy będą chciały je czytać. Trudno mi się cofnąć mentalnie o te siedem lat i przypomnieć sobie, co dokładnie wtedy czułem (niezbyt ufam ludziom twierdzącym, że to porafią), ale pamiętam, że centrum mojej działalności miałby być właśnie blog, taki klasyczny, znajdujący się na własnej stronie internetowej. Profil na Facebooku miał być tylko dodatkiem, złem koniecznym, z którym niezbyt wiedziałem, co zrobić. Los pokazał, że role w pewnym momencie mocno się odwróciły, a pisanie na stronie poszło mocno w odstawkę. W początkowym okresie trafiały tutaj recenzje pojedynczych filmów, książek czy komiksów. Potem to zadanie przejął fejs, z raczej czysto pragmatycznych powodów – teksty w formie wpisu na fanpagu po prostu lepiej zżarły w tym na pewno duża zasługa nieprzychylnej linkom zewnętrznym algorytmom ludzi pana Zuckerberga.

Plan był taki – fejst jest od krótkich recenzji, a blogasek stanie się miejscem dla długich rozważań, przeglądów czy tekstów związanych z bardziej ogólnym zagadnieniem. Wyszło jak wyszło – powstało w tym czasie kilka tekstów, z których jestem zadowolony, ale odzew i tak był mizerny, więc motywacja spadała. W połączeniu z przymusem “trzymania pewnego poziomu” doprowadziło do opisywanej na początku sytuacji. Przeświadczenie, że nie ma co startować z tematem jeśli nie przekroczę przynajmniej 10 000 znaków i podejdę do sprawy w profesjonalny, głęboki sposób (wiem, duże słowa) coś we mnie zabiło. A przecież pierwotnie miałoby być to miejsce, w którym mogę dzielić się swoją popkulturową zajawką i zarażać innych pasją.

Dlatego mam zamiar spróbować jeszcze raz, bez tych dławiących ambicji. Jeśli będę miał ochotę na trochę radosnej pisaniny (może w bardziej felietonowej formie?). To będę dawał temu upust tutaj. Nie obchodzi mnie, czy tekst zostanie uznany za odpowiednio dobry, czy błędy będą kuły po oczach językowych purystów i czy “będzie się klikało”. Chcę zobaczyć, czy pisanie sobie bez konieczności osiągnięcia jakiś konkretnych wyników czytelniczych może mi dać radość. Na razie mogę stwierdzić, że napisanie tych kilku akapitów dało mi poczucie od dawna zapomnianej swobody i chyba mam ochotę na więcej.

No zobaczymy jak to wyjdzie – jedną z zalet planów snutych w miejscu, do którego nikt prawie nie zagląda jest to, że muszę je rozliczać wyłącznie przed samym sobą.

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien