Terminator: Genisys – mimo obaw, nie jest źle.

 Terminator: Genisys – mimo obaw, nie jest źle.

Na nowego Terminatora szedłem z przekonaniem, że czekają mnie dwie godziny męki i gwałtu na jednej z moich ukochanych serii. Okazało się, że nie jest tak źle i film broni się jako całkiem dobre wakacyjne oglądadło. Choć oczywiście nie ma nawet porównania do genialnych pierwszej i drugiej części.

Naprawdę dawno nie miałem tak dużo obaw przed wejściem do kina, jak miało to miejsce w przypadku nowego Terminatora. Druga część tej serii to obraz bardzo bliski mojemu sercu i uważam ją za jeden z najlepszych filmów akcji w historii. Pierwszy raz widziałem go chyba w wieku pięciu lat, co jest wiekiem stanowczo za niskim, ale starszy brat miał kasetę z filmem i często oglądał ją z kolegami. Oczywiście odbiło się to dość traumatycznie na funkcjonowaniu mojego mózgu, co objawiało się tym, że T-1000 stale odwiedzał mnie w moich sennych koszmarach. Jednak uważam, że kiklanaście spoconych przebudzeń to niezbyt wygórowana cena za możliwość obcowania z geniuszem od dzieciństwa. Nie używam tego słowa nad wyrost, bo “Terminator: Dzień sądu” do dzisiaj pozostaje dla mnie dowodem na to, ile może filmowi dać odpowiednia reżyseria i montaż. To także jeden z ostatnich przykładów dobrego kina science-fiction przed pojawieniem się CGI, które sprawiło, że większości tego typu filmów z lat 90 już nie da się oglądać. A terminator 2 nadal wygląda bardzo dobrze.

I na tym seria mogłaby się spokojnie skończyć, ale wiadomo, że hajs musi się zgadzać, więc powstała część trzecia. “Bezpłciowa” to najdelikatniejsze określenie, jakiego można wobec niej użyć. “Bunt maszyn” to perfidnie odcinanie kuponów, z którego zapamiętać warto jedynie zaskakujące zakończenie. Film razi sztucznością i nawet Arnie nie jest tak charyzmatyczny jak powinien. Wprowadzenie nowego modelu terminatora tym razem w wersji kobiecej to typowy zabieg na siłę, który tylko obnaża bezradność twórców. Przy okazji, w rolę morderczego cyborga wciela się Kristanna Loken, którą miała szansę stać się kolejnym hollywoodzkim symbolem seksu, ale chyba szanse na to pogrzebała współpraca z Uwe Bollem. Zabawa ze starą formułą widocznie nie wypaliła, więc producenci postanowili ugryźć sprawę z innej strony. Tak powstał “Terminator: Salvation”, którego akcja dzieje się w przyszłości i skupia się na samej wojnie z maszynami. Tę część zignorowałem, bo uważam, że nie o to powinno w tym wszystkim chodzić. No i zabrakło Arnolda. Twórcy chyba też zrozumieli swój błąd, bo temat skończył się na tym jednym epizodzie.

 ssara

Skoro kontynuuowanie starej formuły nie wyszło, nowy pomysł także, a wciąż chce się zarabiać na marce, to co pozostaje? Oczywiście reboot, w którym widzowie dostaną znowu to co kochali, ale w zmienionej formie. Tak narodził się “Terminator: Genisys”. Od początku śmierdziało mi to potencjalnym bublem a cały proces promocyjny filmu tylko mnie w tym przekonywał. Począwszy od dziwnego podtytułu, przez słabe plakaty promocyjne, aż po tragiczny trailer wyglądający jak niezbyt udane fan-fiction. Byłem nastawiony negatywnie jak się tylko da, ale do kina i tak chciałem pójść, bo to w końcu Terminator. I muszę przyznać, że nie było aż tak źle jak się spodziewałem.

Jak już wspomniałem, nowy Terminator jest restartem serii, a więc punkt wyjściowy jest taki sam. W niedalekiej przyszłości resztki ludzkości walczą z maszynami sterowanymi przez system zwany Skynet. Pod przywództwem Johna Connora udaje im się zacząć zwyciężać, co zmusza Skynet do wysłania w przeszłość robota-zabójcy, który ma odnaleźć matkę Connora i zlikwidować ją zanim ta spłodzi przyszłego przywódcę rebeliantów. Jednak ludzie także wysyłają swojego człowieka do przeszłości. Kyle Reese wyrusza w podróż wyrusza w podróż w celu uratowania Sary Connor. Do tego momentu fabuła trzyma się tego, co znamy z części pierwszej. Jednak zaraz potem okazuje się, że twórcy przygotowali dla widzów tysiąc niespodzianek. Sarah Connor czeka na swojego wybawcę, bo jest wychowywana przez Terminatora już od wczesnego dzieciństwa i wie o całej sprawie więcej niż sam Reese. Rozumiem zamysł twórców polegający na wywróceniu całej sprawy do góry nogami, ale fabuła jest naprawdę bełkotliwa, nie trzyma się kupy i po obejrzeniu filmu nadal nie miałem pojęcia co się właściwie stało. Jednak, gdy wyłączy się mózg i zacznie po prostu bawić, to okazuje się, że nowy Terminator to bardzo przyjemna łupanina z całkiem dobrym aktorstwem. Co prawda dałoby się z filmu wyciąć jakieś pół godzinny i byśmy na tym nie stracili, ale można tak powiedzieć o większości współczesnych blockbusterów. Niestety prowadzi to do tego, że finałowa sekwencja zaczyna już nużyć zamiast uderzać w szczytowym momencie napięcia. Oczywiście na filmie najlepiej będą się bawili fani poprzednich części, bo nawiązań i mrugnięć okiem jest po prostu zatrzęsienie. Większość wydaje się wsadzona trochę na siłę, ale zdarzają się też perełki. Ja zrobiłem pewien eksperyment i poszedłem do kina z moją lepszą połówką, która zupełnie nie wie o co chodzi w całej serii. Po zakończeniu filmu stwierdziła, że nawet miło go się oglądało, choć na początku zupełnie nie mogła się połapać o co biega. Jest jednak jeden element filmu, dla którego warto go zobaczyć. Jest nim sam Schwarzeneger. Stary dobry Arnie kradnie film i pokazuje, że nadal ma swoją niesamowitą charyzmę. Nie mogło się obyć bez licznych aluzji do jego wieku, ale nadal T-800 to najlepsza postać w caej serii.

arnie

PS. Dopiero po czasie zorientowałem się, że w filmie brakuje pewnego elementu znanego z oryginalnej trylogii. Chodzi mi o bezbronną osobę, którą trzeba chronić przed maszynami. Wszystkie postaci w filmie to wyszkoleni wojownicy, co trochę odbiera całości pewnego napięcia.

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien