Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 – Stara miłość nie rdzewieje

 Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 – Stara miłość nie rdzewieje

“Tony Hawk’s Pro Skater 1+2” dobitnie uświadomił mi, że niektóre rzeczy się nie starzeją. Doskonały system rozgrywki bawi tak samo, jak miało to miejsce dwadzieścia lat temu.

Wieść o premierze Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 , czyli odnowionej wersji dwóch pierwszych części deskorolkowej serii wzięła mnie trochę z zaskoczenia, wcześniejsze informacje jakimś cudem mnie ominęły. Zresztą trudno się temu dziwić – w ciągu kilkunastu lat zdążyłem się przyzwyczaić do myśli, że gry sygnowane nazwiskiem Tony’ego Hawka nigdy już nie wrócą do poziomu z czasów swojej świetności, zwłaszcza po katastrofie jaką okazała się wydana w 2015 roku część piąta (metacritic jest tu bezlitośny). Nie będę też udawał, że jakoś wyjątkowo mocno wyczekiwałem tego powrotu do chwały – tak po prawdzie, to ta marka już dawno zamieszkała w rejonie mojego mózgu opisanego tabliczką “zbyt dobre wspomnienia, aby weryfikować je z teraźniejszością”. Przynajmniej tak mi się wydawało do momentu przeczytania pierwszej pochwalnej recenzji podwójnego remastera. Cóż, człowiek może być mądry i krytykować poddawanie się nostalgii do momentu, w którym taki atak nie zostanie skierowany w punkt czuły akurat dla niego. Skoro mowa o reaktywowaniu dawnych uczuć, to to przenieśmy się na chwilę w przeszłość (tak około roku 2003, co u mnie przypadało na okres gimnazjum), kiedy trudno było znaleźć gracza nie mającego zainstalowanej na komputerze którejś gry z serii Pro Skater. Także wśród ludzi, dla których prawdziwa jazda na desce mogłaby nawet nie istnieć. Czyli na przykład mnie.

Tony Hawk's Pro Skater 3
Chyba najwięcej czasu spędziłem grając w Tony Hawk’s Proskater 3

Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek w życiu stanął pewnie na deskorolce, a już na pewno nigdy nie przejechałem na niej nawet kilku metrów. Z moją naturalną zdolnością do wywracania się i ogólnym byciu łamagą skończyłoby się to raczej marnie. Zresztą, jakoś nigdy nie czułem większej zajawki tym zjawiskiem – nie spędzałem godzin patrząc na filmiki z popisami zawodowców, a oglądanie kolegów jeżdżących na szkolnym podwórku (a było ich pełno) też nie należało do moich ulubionych sposobów na spędzenia wolnego czasu. Nie żebym miał coś przeciwko lub jakoś wyśmiewał skatowską subkulturę, po prostu nie była to moja bajka. Nigdy też nie udało mi się wkręcić w żadną grę sportową (no może poza paroma wyścigówkami). Wszelkie próby grania w chociażby Fifę tylko utwierdzały mnie w tym, że to nie rozrywka nie dla mnie. Traumatycznie wspominam okres wzmożonej Małyszomanii, kiedy obowiązkowym elementem spotkań z kolegami była partyjka w znienawidzone przeze mnie Deluxe Ski Jump (nigdy tego nie potrafiłem opanować). Co więcej, nie miałem też cierpliwości do produkcji, w których trzeba było uczyć się wykonywania długich combosów. Więc jakim cudem stałem się fanem gier łączących w sobie te wszystkie powyższe elementy? Przypomnienie sobie odpowiedzi na to pytanie było jedną z motywacji, które stały za moją decyzją w sprawie zakupu tego podwójnego remastera. Poszukiwania nie były zbyt długie – wystarczyły dwie godziny, abym znowu poczuł się jak prawie dwadzieścia lat temu.

Tony Hawk's Pro Skater 1+2
Tony na stare lata zrobił się trochę bardziej wyraźny

Powrót do kariery wirtualnego skatera rozpocząłem od włączenia samouczka, w którym wirtualna wersja Tony’ego Hawka prowadzi na poprzez podstawowe ruchy (jest przy tym trochę zbyt irytująco pozytywny), z których będziemy mogli składać późniejsze tricki. Ollie, flipy, gridny, graby, manuale – wszystko to możemy załapać w jakieś dziesięć minut. Dla mnie takie wprowadzenie było o tyle przydatne, że nigdy wcześniej specjalnie nie zwracałem uwagi na nic, co nie było mi potrzebne do tworzenia jak najdłuższych grindów, bo to na nich głównie opierałem swoje wyniki (no trochę to frajerskie, nie będę udawał). Już te piętnaście minut wprowadzenia przed prawdziwą rozgrywką pozwala przypomnieć w czym tkwi geniusz tej serii – system jeżdżenia to kwintesencja “easy to learn, hard to master”. Wszystko, co najważniejsze łapie się w mig, ale dopracowanie do perfekcji może zająć dziesiątki, jeśli nie setki godzin.

Tony Hawk's Pro Skater 1+2
O, tym typkiem sobie właśnie gram

Zanim przejdziemy do samej rozgrywki, to zatrzymajmy się na chwilę przy warstwie audio-wizualnej, która także mogła budzić niepokój spowodowany tym, jak koszmarnie wyglądał wspomniany już Tony Hawk’s Pro Skater 5 (na pewno nie jak przedstawiciel obecnej generacji). Z omawianiem grafiki zawsze mam lekki problem, bo nie jestem jakoś wyjątkowo wymagającym pod tym względem graczem (w granicach rozsądku), ale tutaj chyba rzeczywiście należy pochwalić twórców – stare mapy zostały bardzo dobrze dopracowane, a oko cieszy zwłaszcza przywiązanie do detali, którymi każdy etap jest wypełniony. Drugą istotnym elementem wyglądu gry jest bardzo dobra animacja naszego deskorolkowca – taka płynność i naturalność ruchu naprawdę cieszy oczy.

Tony Hawk's Pro Skater 1+2

Grafika jest oczywiście bardzo istotna, ale myśląc o oprawie gry, pewnie większość z Was zada pytania “A jak tam soundtrack?”. Nic w tym dziwnego, bo perfekcyjnie dobrana ścieżka dźwiękowa zawsze była jedną z największych zalet serii. Bez tych podkreślających klimat tamtego okresu kawałków, to na pewno nie byłoby taka samo. Jeśli chodzi o muzykę z remastera, to najpierw smutna wiadomość – wśród 60 kawałków tylko 23 pochodzą z oryginalnych gier, reszta została dodana dopiero teraz. A niektóre z nich, o zgrozo, powstały już po premierze jedynki i dwójki. Teraz dobra wiadomość – ta ścieżka nadal sprawdza się rewelacyjnie. Rockowe (ogólnie mówiąc skoro mamy tu punk, kalifornijski punk, nu-metal czy hard rock) przenoszą nas do trochę już przypałowej (prawo dwudziestu lat po) epoki w muzyce, która obecnie wydaje się już egzotyczna (trudno uwierzyć, że to był wtedy mainstream). Niektórzy mogą narzekać na wyraźne zwiększenie znaczenia Hip-Hopu, ale zupełnie się z tym nie zgodzę. Can I Kick It Tribe Called Quest jako tło sprawdzał się tu wyśmienicie.

Szkieletor Fuck YEAH!!

Prosty w nauce, ale głęboki system tricków, przyjazna dla oka grafika oraz wkręcająca ścieżka dźwiękowa są bardzo istotne, ale twórcy nie zdziałaliby nimi dużo gdyby nie to, co jest ścisłym rdzeniem serii i naprawdę świadczy o jej wielkości, czyli genialny level design. Twórcy remastera nie musieli tutaj (chwała im za to) wymyślać koła na nowo, bo stare poziomy nadal są rewelacyjne. Każdy z nich olbrzymi plac zabaw, który ponownie wyciąga wszystko co najlepsze z “easy to learn, hard to master” – miejsca do pierwszych tricków i potencjał nowych miejscówek odkrywamy już w czasie pierwszego przejazdu, w większości przypadków pierwsze zadania punktowe jesteśmy w stanie zaliczyć prawie od razu, ale te bardziej skomplikowane wymagają już od nas pewnego poszukiwania i kombinowania – w moim przypadku są to zawsze miejsca zapewniające możliwość jak najdłuższego grindowania (stare nawyki nie rdzewieją) . Jako bardziej świadomy gracz doceniam teraz to, jak dobrze zadania “znajdźkowe” (literki SKATE i fanty związane z motywem etapu) fajnie sprawdzają się jako miniprzewodnik pozwalający spokojnie zwiedzić okolice i zacząć kombinować z trickami.

Mała dygresja – w kontekście gry, ciągle mowa o ożywianiu wspomnień i powrocie na stare śmieci, ale prawdopodobnie dla wielu graczy będzie to tylko połowiczna prawda. Zwłaszcza w kontekście odnowionych plansz z “jedynki”, która dostępna była tylko na Playstation i Dreamcasta, przez co spora część z nich nie miała okazji w nią zagrać. Prawdziwy wybuch popularności nastąpił dopiero po zawędrowaniu “dwójki” na komputery, a apogeum osiągnęła (tu nie dam się pociąć) przy “trójce”. Możliwe więc, że dla wielu sięgających po Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 etapy z pierwszej części okażą się zupełną nowością. A nawet jeśli nie, to okazja pojeżdżenia na nich za pomocą dopracowanego w późniejszych częściach systemu wciąż pozostaje czymś świeżym.

Nie chcę popadać w czysty zachwyt, więc na chwilę przyczepię się trochę właśnie do poziomów, a konkretnej widocznym dla mnie przeskoku pomiędzy częścią pierwszą a drugą. To pewnie kwestia osobistych preferencji, ale po prostu nie lubię etapów “zjażdowych”, w których nasz skater pędzi na dół, a wszystkie tricki musimy zaliczać “w locie”. Jest to dla mnie trochę zbyt stresujące i frustrujące, bo preferuje możliwość skupienia się na jednym fragmencie planszy, uczenia się jej “w kawałkach”. Dlatego bardzo cieszy mnie to, że w drugiej części już z tego motywu zrezygnowano. Wydaje mi się też, że plansze z THPS1 bywają trochę zbyt rozdmuchane i można się na nich pogubić – przykładem jest tu School i School II – w THPS2 lokacja jest mniej rozległa, ale przez to bardziej zwarta i konkretna. Dla mnie skok jakości (między b.dobrym a niesamowitym) w projektowaniu poziomów jest mocno odczuwalny.

W ciągu tych dwóch tygodni zdążyłem już trochę znienawidzić Tony Hawk’s Pro Skater 1+2 za to, że przypomniał mi jak silny może być syndrom “już tylko jedna tura/podejście/ruch”, który w tej serii zawsze znajdował się powyżej krytycznego poziomu. Dwie minuty na każdy przejazd to idealny czasy, aby zawiesić się pomiędzy “jeszcze jedna próba nie zaszkodzi” a “oh, to tylko chwilka i wyłączam”. Chyba nie muszę tłumaczyć, że te “tylko dwie minutki” szybką zaczynają się kumulować, a czas ucieka jak szalony. Do tego dochodzi element mikrosatysfakcji jakimi rozgrywka jest wypełniona. Każdy udany trick to natychmiastowy napływ endorfin, a im więcej potrafimy, tym ten trickowy haj działa intensywniej. Możliwe, że każdy kto ostrzegał “ta deskorolka to narzędzie Szatana” miał jednak rację.

Jeśli podobają Ci się moje teksty i chciałbyś Wesprzeć je za sprawą postawienia symbolicznej (2$) kawy to kliknij w grafikę poniżej 🙂

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien