Trzeba ruszyć dupę , czyli jak zostałem autorem komiksu

 Trzeba ruszyć dupę , czyli jak zostałem autorem komiksu

Zazwyczaj stronię od moralizatorskiego tonu, ale tym razem pozwoliłem sobie poswawolić i napisałem tekst mający na celu zmotywowanie tych wszystkich, którzy chcieliby coś stworzyć, ale znajdują milion powodów dlaczego tego nie robią. Tak jak ja kiedyś.

Od paru lat jestem wielkim fanem festiwali i konwentów. Jeżdżę głównie na imprezy komiksowe, ale w zeszłym roku dołączył do nich także poznański Pyrkon. Główną atrakcją tego typu spędów jest możliwość spotkania znajomych z całego kraju i poznaniu kilku nowych zajawkowiczów. Nie będę oszukiwał, że mają w tym dużą zasługę zazwyczaj intensywne afterparty. W sumie wszedłem w ten etap, kiedy festiwale mogłyby się dla mnie odbywać na dworcu autobusowym w Kaliszu, a ja nadal byłbym zachwycony. Jednak tegoroczny Pyrkon był dla mnie spędem wyjątkowym, bo miała na nim miejsce premiera „Niesłychanych losów Ivana Kotowicza” – komiksu, którego jestem scenarzystą. Jak łatwo się domyślić, dało mi to niesamowitego kopa motywacyjnego, dlatego postanowiłem sobie zrobić prezent i napisać o tym, jak wyglądała dość długa droga do tego bardzo przyjemnego dnia. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto po przeczytaniu tego tekstu postanowi ruszyć dupę, by przekonać się jak przyjemnie jest trzymać w rękach coś, na czym widnieje swoje nazwisko. Od razu ostrzegam, że mogę wpaść w ckliwy i uduchowiony ton, ale raz na jakiś czas można chyba sobie pozwolić.

Zacznę z grubej rury i przyznam się, że chyba zawsze chciałem zostać opublikowanym autorem. Opowiadanie historii od dzieciństwa wydawało mi się czymś niesamowicie pociągającym i ekscytującym. Mogę powiedzieć, że robiłem to od najmłodszych lat, bo w IV klasie wygrałem szkolny konkurs na opowiadanie, ale już się nie zapędzajmy. Nie miałem zdecydowanej wizji medium, w którym chciałbym je stworzyć, ale to mi zbytnio nie przeszkadzało, chodziło o zrobienie czegokolwiek zawierającego moją opowieść. Stąd się wzięły nieudolne gimnazjalne próby literackie, granie w rpg itd. itp. Przyznać muszę, że nie byłem w tym zbyt konsekwentny i kończyły się one równie szybko jak zaczynały. Czyli w sumie typowa historia nastolatka, który coś tam by chętnie zrobił, ale nic z tego nie wyszło, bo nie miał w sobie ani zaparcia ani pracowitości, tylko przekonanie o swojej wartości.

W okolicach pierwszej klasy liceum zaczęła się moja wielka fascynacja komiksami, która miała okazać się właśnie tą prowadzącą do zostania twórcą, ale wtedy raczej o tym jeszcze nie wiedziałem. Od razu poczułem, że chcę zostać scenarzystą, a więc potrzebuję jak najszybciej znaleźć jakiegoś rysownika. Znalazłem nawet paru chętnych, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. I chyba dobrze, bo teraz musiałbym się wstydzić za to, co próbowałem wtedy zrobić. Byłem pod wpływem wielkiej fascynacji Gaimanem, co w połączeniu z mocno ograniczoną wiedzą liecalisty mogło skończyć się tylko źle. W ten sposób kolejna próba spaliła na panewce, ale na szczęście okazało się, że jestem jednak mocno upartym typem.

Nastał czas studiów, a więc poznawanie wszelkich uroków życia, dużo wolnego czasu i dziwnych inicjatyw. W tym czasie występowałem w grupie improwizacji teatralncyh, współorganizowałem dużą imprezę muzyczną i poznawałem sporo ludzi. Ciągle szukałem kogoś, z kim mógłbym współtworzyć jakiś komiks, bo historie obrazkowe wzbudzały we mnie coraz większe zainteresowanie. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że poszukiwania te nie były zbyt intensywne i nie dziwnego, że za dużo z nich nie wyszło. W okolicach 2010 roku poznałem Michała Ambrzykowskiego, z którym ostatecznie stworzyliśmy komiksowy album, ale nasze pierwsze próby zrobienia czegokolwiek razem szybko się skończyły z powodu mojego zaniedbania. Kontakt się urwał, więc kolejna wtopa z mojej strony. W tym czasie narastało we mnie znane wielu osobom uczucie „czemu innym udaje się coś robić, a mi nie, przecież jestem taki dobry”, które jest najlepszą drogą do zostania zgorzkniałym bucem. Takie trwanie w niezdrowym zawieszeniu trwało prawie dwa lata i pogłębiało moją wewnętrzną frustrację. Na szczęście w międzyczasie zacząłem zajmować się, nazwijmy to szumnie, dziennikarstwem i nawet dostawać za skrobanie jakieś tam pieniądze. Były to sumki małe, ale chyba pozwoliły mi na odzyskanie wiary w swoje możliwości.

podpisy
fot. Aleksandra Szyszło

Odezwałem się do Michała po kilku latach milczenia i ponownie zaproponowałem mu współpracę. Tym razem mieliśmy konkretny cel jakim było stworzenie krótkiego komiksu na festiwal w Łodzi. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu udało się nam go skończyć i oczywiście oczekiwaliśmy jakieś nagrody, ale jak łatwo się domyślić, żadnej nie dostaliśmy. Był to kolejny cios dla rozbuchanego ego, ale tym razem zmienił się w paliwo do dalszego działania. Jednak znowu trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Ja znalazłem zajęcie, które pozwalało mi rozwijać się i dostawać pieniądze za pisanie, Michał też był zajęty, jednak ciągle mieliśmy plan stworzyć coś dużego. Szczerze, to nie mieliśmy także konkretnego pomysłu na nasz wspólny komiks. Pomysł ten narodził się przypadkiem i na początku nie zapowiadał niczego specjalnego. Podczas odwiedzin u mojego kolegi Wojtka Tyszkiewicza zobaczyłem jego grafiki przedstawiające postacie z głowami zwierząt. Jedna z nich przedstawiała radzieckiego żołnierza z głową kota. Nazywał się Ivan Kotowicz. Zapytałem Wojtka, czy mogę pobawić się komiksowo tą postacią i napisałem jedną stronę przedstawiającą scenę jego samobójstwa. Michał ją narysował, a postać tak mu się spodobała, że postanowił zrobić fikcyjną okładkę do komiksu o jego przygodach. Ta natomiast zainspirowała mnie i zacząłem pisać scenariusz. Tak zaczęły powstawać „Niesłychane losy Ivana Kotowicza”. Jednak znowu musieliśmy uzbroić się w cierpliwość, bo prace początkowo szły dość powoli i pierwsze dwadzieścia dwie strony zajęły nam około 10 miesięcy.

W czerwcu zeszłego roku wrzuciliśmy rozdział na ISUU i zaczęliśmy pokazywać go ludziom, opinie były pozytywne, ale w sumie nic wielkiego się nie działo, więc po prostu zajmowaliśmy się przygotowywaniem dalszych plansz. I wtedy nastąpił niespodziewany zwrot akcji, który rzucił cały projekt na zupełnie nowe tory, a nam dodał potrzebnego wiatru w żagle. Na początku lipca odezwał się do mnie Grzegorz Młudzik z portalu wspieram.to i powiedział, że chętnie poprowadził by zbiórkę społecznościową dla naszego komiksu. Uznałem to za prawdziwy znak od losu, bo dosłownie dwa dni wcześniej na dość mocnej bombie wspominałem, że chętnie bym czegoś takiego spróbował, ale nie mam pojęcia jak się za to zabrać. W takim wypadku trzeba było spróbować, nawet jeśli mielibyśmy ponieść klęskę. Minął miesiąc i w końcu wystartowaliśmy z kampanią. Nie powiem, była to wyjątkowo stresująca chwila. Na początku nie mieliśmy wielkich nadziei, ale w tym momencie zaczęła dziać się cała magia tego typu inicjatyw – ludzie po prostu zaczęli nas wspierać. Największym zaskoczeniem było zejście dwóch pakietów za 300 zł w ciągu kilku godzin, bo stworzyliśmy je po to, aby były, nie licząc na to, że ktoś będzie chciał tyle wyłożyć za znalezienie postaci ze swoim nazwiskiem w komiksie. By nie wdawać się w nudne szczegóły, napiszę tylko, że odzew środowiska komiksowego był pozytywny. Wisienką na torcie okazał się fakt, że Kultura Gniewu zaproponowała nam współpracę. Trudno o lepszą nobilitację.

ja
fot. Marcin Andrys

Akcja się skończyła, miesiące mijały, komiks powstawał, ale zaliczyliśmy obsuwę i jasne stało się, że nie zdążymy ze wszystkim na luty. Tu nastąpił mniej przyjemny moment, bo trochę ludzi zaczęło mieć pretensje, ale nie chcieliśmy się tym przejmować. To opóźnienie było ceną jakości wydruku, której my sami nie bylibyśmy w stanie zapewnić. Na szczęście pojawiło się też parę głosów mówiących byśmy nie przejmowali się narzekaniami ludzi. W końcu nadszedł zeszły weekend, podczas którego odbył się Pyrkon, a na nim prapremiera „Niesłychanych losów Ivana Kotowicza”. Trudno opisać emocje takiej okazji bez popadania w banał, więc napiszę tylko, że zobaczenie efektu swojej długotrwałej pracy to zajebiście przyjemne uczucie.

Piszę to wszystko nie po to, by pochwalić się swoją świetnością, bo jak na razie jestem tylko kolesiem, który napisał jeden komiks. Nie wiadomo jak się spodoba szerszej publice, choć pierwsze reakcje są pozytywne. Wiem też, że to dopiero początek jakiejś drogi i ciężka praca dopiero się zacznie, ale przywitam ją bardzo chętnie. Piszę to wszystko dlatego, żeby ludzie, którzy tak jak ja narzekali na swój marny los po prostu ruszyli dupę i zaczęli tworzyć. Na początku pewnie nie będzie szło za dobrze, dużo nadziei i przepracowanych godzin pójdzie wpizdu, ale jeśli ktoś będzie zawzięty to może mu się w końcu uda. Większość twórców, których poznałem to w pewien sposób zwyrole. Bo w końcu ile razy można robić coś co nie odnosi wielkiego sukcesu, a mimo to próbować jeszcze raz. Jak widać, za którymś razem wychodzi już trochę lepiej. Sam mogę powiedzieć tylko, że moment, w którym w końcu czuje się, że coś zaskoczyło i zmierza w dobrą stronę jest jednym z najciekawszych w życiu. A więc nie jęczeć, zakasywać rękawy i tworzyć, tworzyć, tworzyć.

Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien