Filmowy Misz Masz #23

 Filmowy Misz Masz #23

Motherless Brooklyn, Overlord, Paddleton oraz Wschodnie obietnice. Oto lista filmów, które tym razem trafiły do zbiorczego wydania filmowych postów publikowanych na profilu Kusi na Kulturę.

Motherless Brooklyn

Osierocony Brooklyn Edward Norton

Wyobrażam sobie, jak śmiałe marzenia wiązał z tym filmem Edward Norton. Wielki powrót po prawie dekadzie nikłej obecności w Hollywood, zdobyciu powszechnej opinii dupka i wtrącającego się we wszystko megalomana. Obraz zrobiony dokładnie tak jak on tego chciał (jest scenarzystą, reżyserem, producentem i zagrał główną rolę), wypełniony znanymi nazwiskami i główną rolą skrojoną pod deszcz nagród. Trzymająca się gatunkowych tradycji opowieść rozgrywająca się w latach 50, ale jednocześnie opowiadająca o współczesnych problemach. List miłosny do Nowego Jorku i okresu Nowego Hollywood. A do tego spinająca to wszystko otoczka “passion project”, do którego Norton przygotowywał się dwadzieścia lat. Chyba tak właśnie powstają filmowe legendy, które na zawsze zapisują się w historii kina? W teorii wszystko powinno się udać, ale w praktyce otrzymaliśmy film, który nie obszedł zarówno krytyków (oraz przyznających nagrody), jak i zwykłych widzów. Co właściwie poszło nie tak?

Osierocony Brooklyn Norton Baldwin


Głównym problemem Motherless Brooklyn jest to, że te nortonowskie ambicje widać na każdym kroku, film skonstruowany jest tak, aby dostarczyć nam jak największą liczbę elementów “kultowych”. Pojedyncze sceny, w założeniu chwytliwe odzywki, wielkie role nawet na drugim planie, wszystko sprawia tu wrażenie stworzonego w tym celu. Niestety w połączeniu z ewidentnym brakiem reżyserskiego błysku i twórczej werwy, całe te starania idą na marne, a nawet przynoszą odwrotny skutek, bo całość szybko zaczyna razić sztucznością. Aktorzy grają tak, jakby Norton krzyczał im co chwilę “Ok, teraz właśnie grasz tak, jakbyś był Alem Pacino walczącym o Oscara”, bohaterowie rzucają życiowymi mądrościami, no sami chyba już wiecie o co chodzi. Nie zdziwi pewnie też Wasz wiadomość, że najbardziej na świecznik wystawiony jest sam Norton wcielający się w głównego bohatera.

Motherless Brooklyn Norton Dafoe

Motherless Brooklyn to jedna z tych historii, które całą swoją wyjątkowość opierają na nietypowym protagoniście, a właściwie na konkretnej przypadłości definiującej cały jego charakter. W tym przypadku właściwie wszystko da się skupić w jednym zdaniu “Lionel Essrog to prywatny detektyw z syndromem Tourette’a. Z jednej strony jest to ciekawe wyzwanie narracyjne, zmuszające do przewartościowania typowych dla takiego kina zagrań. Jednocześnie mam wrażenie, że Norton przy tworzeniu tej postaci skupił się na tym aspekcie tak mocno, że zapomniał o tym, że bohatera warto poprzeć także innymi cechami charakteru, a tych już za dużo nie pozostało. Jakby sama natura choroby sprawiała, że wszystko inne jest nieważne. I podobnie stało się z samym odegraniem tej postaci – Norton idąc tradycją najlepszych przedstawicie aktorstwa metodycznego wchodzi w rolę Essroga w pełni. Bogata gama nerwowych gestów, bluzgi wykrzykiwane tak, jakby naprawdę pojawiały się nagle, no całe to wrażenie, że jego mózg jest wypełniony szpilkami – to wszystko robi wrażenie… przez pierwszą godzinę filmu, potem zaczyna się robić mocno powtarzalnie i męczące. Ponownie trudno oprzeć się wrażeniu, że Norton stał się ofiarą własnego przekonania o nieomylności i ktoś z większym doświadczeniem reżyserskim byłby w stanie wykrzesać z tego charyzmatyczną rolę, bez ciągłego poczucia aktorskiego przegięcia.

Osierocony Brooklyn Edward Norton

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że oglądając film czuć w nim potencjał częściowo zmarnowany przez brak opanowania Nortona, także w związku z samą długością filmu (prawie dwie i pół godziny to zdecydowanie za długo). Na pewno dużo dobrego robi tu klimat Nowego Jorku lat pięćdziesiątych, a problem reprywatyzacji i rozwoju kosztem mniej zamożnych mieszkańców miasta jest nad wyraz aktualny. Z taką obsadą aktorską można także wyczyniać cuda na kiju. Jeśli ktoś jest fanem gatunku i stęsknił się za obecnością Nortona na ekranie, to pewnie nadal będzie zadowolony z seansu. Ale dla mnie film trafia do słownika jako ilustracja hasła “przestrzelony”.

Operacja Overlord

Operacja Overlord

Film oparty na nigdy nie nudzącym się temacie tajemniczych eksperymentów nazistów, którzy tym razem postanowili pobawić się w tworzenie żywych trupów.Fabuła jest tu banalnie prosta – na dzień przed D-Day grupka amerykańskich żołnierzy ma wysadzić wieżę, która uniemożliwia przelot wojskowych samolotów, w małym francuskim miasteczku zajętym przez nazistów. Jednak szybko odkrywają, że prawdziwe zagrożenie kryje się w tajnym laboratorium, gdzie demoniczny naukowiec eksperymentuje nad substancją pozwalającą skrzesać zmarłych, którzy wracają do życia o wiele potężniejsi niż przedtem.

Overlord

Jakby robienie adaptacji gier nadal miałoby jakikolwiek potencjał marketingowy (zauważyliście, że już nikt się prawie za to nie zabiera?) to Overlord mógłby spokojnie uchodzić za ekranizację jakiejś części Return to Castle Wolfenstein, bo klimat jest tu bardzo bardzo podobny. Zresztą atmosfera jest jedną z największych zalet filmu – strasznie podoba mi się to, że twórcy postanowili pójść w pulpę, która podawana jest tu z pełną powagą. Niby gdzieś tam pojawi się mrugnięcie oka, jest trochę mrocznego humoru, ale ogólnie to nie są żadne śmieszki-chiszki. Nie spodziewałem się, że brakuje mi filmu o nazistach zombie, który nie jest robiony “ironicznie”.

Overlord Zombie

Nie jest to w żaden sposób wybitnie kino, ale najzwyczajniej działa jako przedstawiciel swojego gatunku. Mamy tu odpowiednio zarysowanych i dobrze zagranych bohaterów, absurdalnie demoniczne czarne charaktery, sporo bezwstydnego gore i całe tony dających radę głupotek. To film skierowany do fanów czysto rozrywkowych horrorów (choć za dużo okazji do strachu tu nie ma) i klimatów weird fiction. Oni powinni być zadowoleni z tego rzetelnie stworzonego gatunkowca. Natomiast dla widzów stroniących od takiego kina będzie to prawdopodobnie niezjadliwy gniot.

Do obejrzenia na Netfliksie

Paddleton

Paddleton Ray Romano Mark Duplass

Prosta, kameralna historia o przyjaźni i umieraniu – tak najłatwiej byłoby opisać drugi film (po Blue Jay), który powstał w ramach współpracy reżysera Alexa Lehmanna z Markiem Duplassem. Trzeba przyznać, że jego przypadek jest jedną z ciekawszych metamorfoz w amerykańskim kinie. Bo kto by się spodziewał, że człowiek odpowiedzialny za zdjęcia w takich produkcjach jak Dzieci kukurydzy 8 czy Pirania 3DD okaże się reżyserem tak dobrze opowiadającym w nieskomplikowany, ale przejmujący sposób o uniwersalnych emocjach.

Paddleton Mark Duplass Ray Romano

Andy (Ray Romano) i Michael (Mark Duplass) to dwójka sąsiadów i najlepszych przyjaciół, którzy poza sobą nie mają nikogo innego. Panowie wiodą spokojne, wypełnione jednostajnym rytmem i raczej nudne życie, wspólny czas spędzając na oglądaniu starych filmów Kung Fu, układaniu puzzli i graniu w tytułową grę. Wszystko zmienia się w momencie, w którym Micheal dowiaduje się, że z powodu złośliwego nowotworu zostało mu mniej niż pół roku życia. Okazuje się, że w takich sytuacjach stanowe prawo umożliwia dokonanie samobójstwa za sprawą odpowiednio przygotowanej dawki leków. Umierający bohater prosi swojego przyjaciela, aby pomógł mu dojechać do miasteczko, w którym może zrealizować swoją receptę.

Paddleton Ray Romano Mark Duplass

Patrząc na powyższy opis pewnie układają się Wam w głowie typowe dla takich opowieści scenariusze – panowie wyruszają w drogę, spotykają ich niesamowite przygody, a oni sami zaczynają rozumieć, co znaczy żyć naprawdę. No i tu dochodzimy do aspektu, którym Paddleton ujął mnie najbardziej, bo żadna z tych rzeczy się nie wydarza. Owszem, bohaterowie uczą się czegoś o sobie, ich podróż ma kilka ciekawych punktów, ale w jej trakcie nie dzieje się nic niesamowitego. To nie jedna z tych historii, gdy w prawie magiczny sposób wszystko odwraca się do góry nogami. Nie, to po prostu opowieść o ostatniej drodze dwóch kumpli, z których jeden umiera, a drugi jest przerażony nadchodzącą samotnością.

Paddleton Ray Romano Mark Duplass

Paddleton formalnie kontynuuje tradycje kina spod znaku mumblecore (choć pozbawionego już tego amatorskiego sznytu). To rodzaj obrazu celebrującego spokojne sceny zwyczajnego życia, naturalnie brzmiących dialogów pozbawionych stylistycznych fikołków (choć trafnych i zabawnych), często poruszających dość banalne tematy, w których jednak ukrywa się cała prawda o ich charakterach. Bohaterowie może są dziwakami, ale nie jest to typ nieokiełznanych wariatów, tylko wycofani ludzie dobrze czujący się ze swoimi małymi odstępstwami od normy. Oprócz tego to postaci do bólu wręcz zwyczajne, nie próbujące wynosić się ponad resztę społeczeństwo. I ten brak niezwykłości sprawia, że trudno ich nie polubić oraz autentycznie wzruszyć się ich mało spektakularnym, osobistym dramatem. Na pewno pomagają w tym bardzo naturalne, pasujące do całej reszty główne role.

Do obejrzenia na Netfliksie

Wschodnie obietnice

Wschodnie obietnice Vigo Morgensen Vincent Cassel

Cronenberg to jednak potrafi wtłoczyć w film aurę nihilizmu i emocjonalnego chłodu jak mało kto. Zimne wydaje się tu wszystko – narracja, zdjęcia ukazujące szarobury Londyn, bohaterowie, a nawet sposób gry aktorskiej. Idealny sposób, aby przedstawić widzom świat, w którym nie ma miejsca na żadne skrupuły lub kierowanie się emocjami.

 Wschodnie obietnice Vigo Mortensen

Historia jest tu wyjątkowo prosta – na ostrym dyżurze londyńskiego szpitala umiera w trakcie porodu nastoletnia Ukrainka, która trafiła do szpitala wprost z ulicy. Jej dziennik wpada w ręce młodej pielęgniarki Anny (Naomi Watts), która powoli tłumacząc zapiski odkrywa, że dziewczyna była przymuszana do prostytucji przez lokalnych rosyjskich gangsterów. Pech sprawia, że wcześniej sama informuje o swoim znalezisku ich szefa – niepozornego właściciela restauracji, który rozwiązanie tego problemu zleca swojemu specowi od brudnej roboty, Nikolaiowi (Viggo Mortensen).

Wschodnie obietnice Vigo Mortensen Naomi Watts

Film Cronenberga ujmuje przede wszystkim wcześniej wspomnianym chłodem i spokojem. Przedstawiony przez niego mafijny świat to miejsce pełne wyrachowania, pozbawione osobistych więzi i nieznoszące żadnych problemów. Nikt nie może pozwolić sobie na niepotrzebne gesty, unoszenie się honorem i hałas, nawet morderstwa są tu wykonywane po cichu i czysto. Jedyną niepotrafiącą chować swoich emocji postacią jest tu syn szefa, wiecznie rozhisteryzowany, zachowujący się jak jakby był ciągle nawciągany Kirył (świetny Vincent Cassel). Pod koniec Cronenberg trochę ten lód roztapia, przez co obraz trochę traci na swoim pierwotnym uroku, a scenariusz zaczyna lekko zgrzytać. Jednak wszelki wady filmu przykrywane są przez rewelacyjną rolę Mortensena. Doskonale odegrał postać, która targające nią, sprzeczne emocje przykrywa wiecznym zewnętrznym spokojem i kamienną twarzą. Aktor otrzymał za nią swoją pierwszą oscarową nominację.

Do obejrzenia na Netfliksie


Related post

WP-Backgrounds Lite by InoPlugs Web Design and Juwelier Schönmann 1010 Wien